Rzucono mnie na głęboką wodę, dostałem samochód i w drogę, wyjazd do Gdyni do portu po ładunek i na Słowację. wszystko szło prawie dobrze, prawie do czasu gdy za Łodzią rozerwała się opona naczepie, no cóż zdarzają się takie przypadki, wyciągam podnośnik, klucz do kół, wystawiłem trójkąt ostrzegawczy i do roboty. Pierwsze trzy śruby poszły dość łatwo, nawet się zdziwiłem, niestety przy czwartej śrubie pękł klucz...hmmm...rozglądam się po okolicy widzę że stoję na końcu wioski, podchodzę do najbliższego domostwa, pytam gospodynię o ewentualną pomoc, ona jej mi nie udzieli, ale mąż i owszem bo to były 'tirowiec' tylko nie ma go w domu, ale zadzwoni po niego i on coś na pewno poradzi. po kilku nie udanych próbach w końcu udało się nawiązać z nim kontakt, po paru minutach nadchodzi mój przyszły ewentualny wybawca, który okazał się niezwykle pomocny i usłużny. nieco woniło ledwo spożytym piwkiem, ale co tam1 klucza wprawdzie takowego nie miał, ale sąsiad tak, pojechaliśmy tam. sąsiad rozumiejąc mój problem bez pardonu pożyczył potrzebny klucz, uradowany wróciliśmy do mojej wymiany koła, mój pomocnik postanowił pomóc mi, bo kierowca kierowcy pomagać musi. Po paru odkręconych śrubach i ten klucz nie wytrzymał, w tym momencie i Ja nie wytrzymałem, lecz stoicki spokój mojego wybawiciela lekko mnie zdziwił. Wsiedliśmy w jego samochód i pojechaliśmy do innego sąsiada co ma odpowiedni warsztat i to on na pewno ma odpowiedni klucz co to wszystko wytrzyma, po przejechaniu paru km byliśmy zaopatrzeni w dwa klucze, młot i spokojniejsi, że w końcu uda nam się to cholerne koło odkręcić. Po paru minutach koło zostało odkręcone, teraz trzeba podnieść oś aby można było zdjąć koło, do tej roli jest przeznaczony podnośnik...hmmmm...na naczepie znajdował się ładunek 25 ton, da radę? Po paru chwilach wyszło, że podnośnik podnosi ledwo, ledwo na tyle aby kapcia dało się zdjąć, ale czy napompowane koło wejdzie? Weszło, ale podnośnik zaczął puszczać swoje soki i powiedział, że to jego ostatnie tchnienia i żebym się pośpieszył. Dokręciliśmy koło na tyle żeby odpuścić podnośnik, bo kałuża płynu hydraulicznego wskazywała, że długo nie potrzyma osi naczepy w górze. Dokręcamy ostatnią śrubę, przedłużka się przydała i następny pech...przy dokręcaniu pękło pokrętło klucza, myślałem, że limit pecha w tym dniu wyczerpałem, jak się okazało nie do końca. Po wypitej kawie i krótkiej aczkolwiek treściwej rozmowie ruszyłem w dalszą drogę, wiele nie ujechałem, bo czas jazdy jak i też pracy mi się kończył, pauzę weekendową odbywałem w Częstochowie na parkingu. Z wrażenia prawie nic nie jadłem, wieczorem zmusiłem się do zjedzenia czegokolwiek. Przy okazji tej pauzy poznałem miłego kierowcę komunikacji miejskiej tego miasta, który nawet zaproponował mi przejazd do miasta celem zwiedzenia, lecz mój stan ducha, myśli o tym że jestem brudny i ledwo co przyjechałem, grzecznie odmówiłem, ale miła to była propozycja, w innej sytuacji bym nie odmówił, bo pogoda była wyśmienita. Na drugi dzień obudziłem się dość późno, bo ok. 12.00, potrzeby fizjologiczne dały znać jednak o sobie, zwłaszcza te grubsze. Rozglądam się po okolicy, nic nie widzę ciekawego, na "narciarza" nie uśmiecha mi się załatwiać tak poważnej sprawy. I o to cud, obok był salon samochodowy, okazały a w nim kręcący się ochroniarz, który jak mnie zobaczył to serdecznie mnie pozdrowił zapraszając jakby do rozmowy. To on właśnie mnie wybawił z tej kłopotliwej sytuacji zapraszając na teren salon, jedynie ostrzegając, żebym nie zbaczał z wyznaczonej drogi do łazienki, bo czujki ściągną rzesze uzbrojonych innych ochroniarzy wezwanych przez naruszoną strefę. O jakże byłem uradowany gdy miałem również możliwość skorzystania z prysznica. W ten sposób mogłem rozpocząć jazdę dalej do Tychów gdzie miałęm tankować przed wjazdem na Słowację, po tankowaniu włosy mi się zjeżyły gdy obliczyłem średnie spalanie po pierwszej jeździe tym samochodem:41,5l/100km, no to tylko czekać na telefon od szefa mi pozostaje. Słowację zaliczyłem bez większego problemu, całość trasy przejechałem prawie autostradą co też odbiło się na spalaniu auta, zaraz po przekroczeniu granicy w Tychach z drżącym sercem tankuję ponownie, zliczam i...wyszło 32,5l/100km mój uśmiech kończył się na uszach. No ale cóż jedziemy dalej. Zaliczyłem pare punktów w Polsce, paliwo się kończyło jak i dni tygodnia, tankowanie i powrót do bazy, zliczyłem spalanie, wyszło jednak 36l/100km, szef przez telefon prawie mnie ściskał jak się o tym dowiedział, dał pare podpowiedzi i jego maksymą zakończył naszą rozmowę: "Człowiek urodził się po to by zdechnąć" odpowiedziałem mu pytaniem: "Tylko dlaczego w czasie pracy?"
Ten tydzień był dla mnie niezbyt pomyślny, podczas załadunku zarysowałem lekko wlot powietrza, przy okazji tłukąć klosz kierunkowskazu, w Toruniu w czasie parkowania przygiąłem tylną belkę naczepy, totalna porażka, nie wiem jak mój szef na to zareaguje, ale domyślam się , że nie będzie zachwycony.
niedziela, 24 października 2010
środa, 29 września 2010
No to jazda w drogę!
Pierwsze koty za płoty, trasa na Słowacje ze zbożem (25t) była dość pouczająca, intrygująca w podwójnej obsadzie. Podróż męcząca, 18 godzin jazdy na przemian i poradnia, a raczej nocy mocno Nas wymęczyła, w Słowacji byliśmy następnego dnia nad ranem w firmie do której wieźliśmy ładunek. Po koniecznej pauzie w czasie której wykąpałem się i ogoliłem dostaliśmy dyspozycję na podjęcie ładunku powrotnego do Polski. Jazda ok.150km dalej na południe tego pięknego kraju tuż przy granicy z Węgrami. O godz.17.00 byliśmy na miejscu, załadunek i w drogę powrotną. Mnie przypadło przekraczanie granicy w Hyżnym, ale zanim to nastąpiło miałem przed sobą pokonanie dwóch stromych podjazdów, na pierwszym dwa razy stanąłem, hehe...380KM naszej Scanii raczej nie wystarczało jak i moich jeszcze umiejętności, drugi podjazd zdecydowanie lepiej pokonałem może dlatego też, że ruch był bardziej płynny na drodze więc mogłem konia trzymać odpowiednio na obrotach. Nie powiem, lekko się spociłem, lecz już teraz wiem jakie błędy popełniłem i czego unikać. W Polsce zdaliśmy ładunek, podjęliśmy inny w kierunku Gdańska czyli jak dla Nas do domu! W niedzielę nad ranem byliśmy w Elblągu, kolega musiał zaliczyć pauzę 45h więc samochód został w bazie firmy, a Ja pojechałem do Gdańska, bo tam znajdowali się moi domownicy którzy odświeżali wynajętą stancję dla Kasi, trafiłem akurat praktycznie na obiad i zakończenie prac. Zjadłem posiłek, mój krzyż który mi doskwierał przez ostatnie dni zmusił mnie do ułożenia się w poziomie, chwilę potem spałem jak niemowlę.
W poniedziałek wsiadam do innego kierowcy, który też ma kurs na Słowację, ale najpierw ładunek do Wejherowa dopiero później jedziemy z innym ładunkiem do Malborka i wracamy na pusto do portu w Gdyni, niestety zbyt późna pora nie pozwoliła Nam podjąć ładunku na Słowację. Nocleg w porcie gdyńskim był spokojnym wydarzeniem, tylko poranek zbyt wczesny, mój zmiennik zerwał się już o 5.00 w biurze przyjęcia były dopiero o 7.00 jak się później okazało spedytor pomylił nr. rejestracyjne i zlecenie trzeba było od nowa pisać, a kolejka nam przemknęła (a byliśmy pierwsi) poprawka trwała ok 2h więc mieliśmy małe spóźnienie plus kolejka w załadunku. Z Gdyni wyjechaliśmy ok. południa, zbyt późno jak na jazdę w podwójne obsadzie, później stratę czasu powiększył korek w Łodzi, do celu dotarliśmy następnego dnia nad ranem. To była dla mnie kolejna noc jazdy, odpoczynek w dzień. Po zdaniu ładunku czekamy na dyspozycje i jak zwykle trafił nam się ładunek oddalony tym razem o ponad 180km i jak poprzednim razem po ładunek zajechaliśmy ok.17.00 w godzinę później byliśmy gotowi do powrotu. Jazda znów wyszła nam nocą, brrrr...w Katowicach na zwężkach i zmianie organizacji dróg pomyliłem zjazd w dobrym kierunku, kosztowało nas to pare km kręcenia się po okolicy, koledzy kierowcy z CB-radia byli nam bardzo pomocni dzięki którym z powrotem mogliśmy powrócić na właściwe tory. Niestety pomyłkę drogową zaliczyłem po raz drugi, ale wynikała to z nieporozumienia między nami kierowcami i znów trzeba było nawracać, mój zmiennik nie był tym faktem zbytnio zadowolony co okazywał nerwową gestykulacją i niewybrednym słownictwem. Takie zachowanie mojego zmiennika mi raczej nie pomagało, no ale cóż, jakoś trzeba to przeżyć do końca naszej podróży. Do Kielc zajechaliśmy o 4.00 i po zdaniu ładunku i wykręceniu pauzy pojechaliśmy po następny. Pod Białymstokiem byliśmy tym razem troszkę wcześniej bo ok 24.00 co pozwoliło Nam się wyspać o w miarę przyzwoitej porze. Ładunek udało nam się zdać szybko i sprawnie w Grajewie mamy podjąć następny więc mamy dość blisko, tą jazdę już wiedziałem, że zaliczymy za dnia. W Grajewie czekamy na załadunek troszkę czasu tam straciliśmy, ale udało nam się załadować i ruszyć w drogę. Mój zmiennik pozostał w bocznym fotelu i ustalał trasę powrotu, co chwilę zmieniał decyzję, nie powiem lekko namieszał i tym samym zaliczyłem wpadkę w postaci nie zjechania na Pisz i znów nadkładaliśmy lekko drogę, a w międzyczasie zmieniła się decyzja dostarczenia ładunku do Człuchowa czyli nie mieliśmy tam jechać, a wracać na bazę do Elbląga, mój zmiennik już toczył pianę. Dotarliśmy do bazy ok godz 18.00, żona po mnie przyjechała i wkrótce mogłem się cieszyć domowymi pieleszami. Za kilka dni padnie decyzja na jaki ciągnik mam zasiąść i od następnego poniedziałku mam zacząć samodzielnie jazdy. Do tego czasu pozałatwiam swoje sprawy, odpowiednio się przygotuję logistycznie do dłuższych wyjazdów.
W poniedziałek wsiadam do innego kierowcy, który też ma kurs na Słowację, ale najpierw ładunek do Wejherowa dopiero później jedziemy z innym ładunkiem do Malborka i wracamy na pusto do portu w Gdyni, niestety zbyt późna pora nie pozwoliła Nam podjąć ładunku na Słowację. Nocleg w porcie gdyńskim był spokojnym wydarzeniem, tylko poranek zbyt wczesny, mój zmiennik zerwał się już o 5.00 w biurze przyjęcia były dopiero o 7.00 jak się później okazało spedytor pomylił nr. rejestracyjne i zlecenie trzeba było od nowa pisać, a kolejka nam przemknęła (a byliśmy pierwsi) poprawka trwała ok 2h więc mieliśmy małe spóźnienie plus kolejka w załadunku. Z Gdyni wyjechaliśmy ok. południa, zbyt późno jak na jazdę w podwójne obsadzie, później stratę czasu powiększył korek w Łodzi, do celu dotarliśmy następnego dnia nad ranem. To była dla mnie kolejna noc jazdy, odpoczynek w dzień. Po zdaniu ładunku czekamy na dyspozycje i jak zwykle trafił nam się ładunek oddalony tym razem o ponad 180km i jak poprzednim razem po ładunek zajechaliśmy ok.17.00 w godzinę później byliśmy gotowi do powrotu. Jazda znów wyszła nam nocą, brrrr...w Katowicach na zwężkach i zmianie organizacji dróg pomyliłem zjazd w dobrym kierunku, kosztowało nas to pare km kręcenia się po okolicy, koledzy kierowcy z CB-radia byli nam bardzo pomocni dzięki którym z powrotem mogliśmy powrócić na właściwe tory. Niestety pomyłkę drogową zaliczyłem po raz drugi, ale wynikała to z nieporozumienia między nami kierowcami i znów trzeba było nawracać, mój zmiennik nie był tym faktem zbytnio zadowolony co okazywał nerwową gestykulacją i niewybrednym słownictwem. Takie zachowanie mojego zmiennika mi raczej nie pomagało, no ale cóż, jakoś trzeba to przeżyć do końca naszej podróży. Do Kielc zajechaliśmy o 4.00 i po zdaniu ładunku i wykręceniu pauzy pojechaliśmy po następny. Pod Białymstokiem byliśmy tym razem troszkę wcześniej bo ok 24.00 co pozwoliło Nam się wyspać o w miarę przyzwoitej porze. Ładunek udało nam się zdać szybko i sprawnie w Grajewie mamy podjąć następny więc mamy dość blisko, tą jazdę już wiedziałem, że zaliczymy za dnia. W Grajewie czekamy na załadunek troszkę czasu tam straciliśmy, ale udało nam się załadować i ruszyć w drogę. Mój zmiennik pozostał w bocznym fotelu i ustalał trasę powrotu, co chwilę zmieniał decyzję, nie powiem lekko namieszał i tym samym zaliczyłem wpadkę w postaci nie zjechania na Pisz i znów nadkładaliśmy lekko drogę, a w międzyczasie zmieniła się decyzja dostarczenia ładunku do Człuchowa czyli nie mieliśmy tam jechać, a wracać na bazę do Elbląga, mój zmiennik już toczył pianę. Dotarliśmy do bazy ok godz 18.00, żona po mnie przyjechała i wkrótce mogłem się cieszyć domowymi pieleszami. Za kilka dni padnie decyzja na jaki ciągnik mam zasiąść i od następnego poniedziałku mam zacząć samodzielnie jazdy. Do tego czasu pozałatwiam swoje sprawy, odpowiednio się przygotuję logistycznie do dłuższych wyjazdów.
wtorek, 14 września 2010
Działalność gospodarcza...ale jaja!
Tu nie ma powodu do śmiechu, szefo nowy dał znać, że trzeba zakładać działalność gospodarczą. W życiu tego nie robiłem przecież. No cóż, wczoraj załatwiłem w urzędzie co trzeba, dziś odebrałem zaświadczenie o prowadzeniu działalności, czekam obecnie na nr. regonu. Do tego dojdzie jeszcze wyrobienie pieczątki i w drogę. Po drodze znów badania lekarskie muszę zrobić, jutro mam jechać do księgowej z zaświadczeniem, dobrze by było, abym miał już je zrobione to przy okazji dołączę do reszty kwitów co by dwa razy nie robić kilometrów do Elbląga. Mam też nadzieję, że sam szef też pojaśni resztę spraw względem szczegółów pracy i planów jeśli chodzi o moją osobę.
Dziś w końcu moją Omegę można było "reanimować" pod względem instalacji gazowej, części już dawno zostały zakupione i czekały na wymianę oraz ponowną regulację. Trwało to dość długo, sama regulacja przysporzyła spore kłopoty, ale w rękach fachowca nie ma nic trudnego. Pozostaje jedynie ostateczna regulacja, ale to po odpowiednich przejechanych kilometrach co by sprawdzić jaka ilość spalanego gazu jest. Idę spać...
Dziś w końcu moją Omegę można było "reanimować" pod względem instalacji gazowej, części już dawno zostały zakupione i czekały na wymianę oraz ponowną regulację. Trwało to dość długo, sama regulacja przysporzyła spore kłopoty, ale w rękach fachowca nie ma nic trudnego. Pozostaje jedynie ostateczna regulacja, ale to po odpowiednich przejechanych kilometrach co by sprawdzić jaka ilość spalanego gazu jest. Idę spać...
niedziela, 12 września 2010
Z pracy do pracy, czyli jak to jest?
Wcześniej jak już pisałem miałem czas aby na necie poszukać nowych ofert pracy, spodziewając się zwolnienia. Pare telefonów i po wstępnej rozmowie wyłoniłem tą która mi pasowała. Sobota, dzień spotkania, plac bazy firmy mojej ewentualnie, krótka rozmowa z kierowcą, który mył zestaw, bo za chwilę ma nadjechać szef. Krótkie rozmowy z kierowcą pozwoliły określić stopień ewentualnego zagrożenia wpakowania się w tzw. bagno, czyli OK! Szef nadjechał, rozmowa trwała dość długo, pojaśnił w czym rzecz, jaki charakter pracy, czego oczekuje, wymaga oraz co sam on oferuje. Spodobała mi się jego szczerość, dość zagadkowa i zbyt łatwa do zaakceptowania, ale wcześniej niczego w necie nie znalazłem przykrego na temat tej firmy, kierowcy słowa były dość rzetelne i treściwe. Warunki do zaakceptowania w poniedziałek jadę dokonać finalizacji zatrudnienia. Hmmm...troszkę obawiam się podróży na dłuższy czas poza domem, przeżyłem rozstanie z rodziną ponad trzech m-cy gdy byłem w Grecji, ale chyba świadomość jazdy po Polsce i może za granicą, ta ukryta "wolność" daje mi satysfakcję, że spełnię marzenia podróży ciężarówką. Oczywiście minusem jest druga strona medalu. Przepisy czasu pracy kierowcy (PCK) są nieustępliwe, wszelkie wykroczenia, przegięcia są surowo karane w razie kontroli Inspekcji Transportu Drogowego(ITD) trzeba mieć wszędzie oczy otwarte i umiejętnie organizować sobie jazdę. Nie boję się jazdy i nowego wyzwania, lubię troszkę adrenaliny, ale występują w tym zawodzie nieoczekiwane czynniki, na które żaden kierowca wpływu nie ma i tu chyba tego najbardziej się obawiam jako "młokos" w tej branży. No cóż, praca w wojsku mnie nie zniechęciła, to i zawodowy kierowca tym bardziej! Mam przeczucie, że dam sobie radę, przynajmniej powinienem. Pozostaje tylko odpowiednio się przygotować, nawigację na Europę załatwić, przetwornicę prądu, nie wiem czy nad CB-radiem się nie zastanowić jak i również laptop, dostęp do internetu. Żonie zapowiedziałem, że weki czas nauczyć się trzeba będzie we wszelkie dania. Wszystko się wyjaśni w trakcie "prania" póki co to muszę poczuć się pewnie w firmie i zdobyć zaufanie wśród kierowców jak i samego przyszłego szefa firmy, sam muszę być samego siebie pewny, mam okazję zdobyć doświadczenie w czymś czego nie robiłem w życiu!
piątek, 10 września 2010
I po wakacjach...
Moje spostrzeżenia i konkluzje znalazły swoje światło dzienne. Samochody nowe dotarły w końcu z dużym opóźnieniem, ale z kierowcami, nie bardzo rozumiałem o co tu chodzi, w międzyczasie dostałem małą reprymendę, że niby słabo jeżdżę, lekko dobrze sobie radzę, te słowa usłyszałem od kierownika. Twierdził, że to wszystko słyszał od pracowników innych, nie kierowców tej samej firmy. Lekko zdziwienie mnie ogarnęło, czyżbym zapomniał raptem kołem kierowniczym kręcić? Więc zaprosiłem go do jazdy kontrolowanej przez niego samego, nie doszło do tego nigdy. Odpowiedź nadeszła sama razem z samochodami nowymi i ich kierowców, firma w której pracowałem wynajęła inną firmę, ukłąd miał być taki, że miały być wynajęte pojazdy, ale bez samochodów, właściciel tamtej firmy nie zgodził się i obsadził betoniarki swoimi. Jaki efekt? Dwóch kierowców naszej firmy było już ponad stan w stosunku do posiadanych pojazdów, zaczęły się rotacje kosztem pracy w tygodniu, jeden miał wolne, aby drugi mógł pracować, jasne było i oczywiste że żadna firma na taki luksus sobie pozwolić nie może. Niestety kierownik wolał to jakoś inaczej mi wytłumaczyć, moim brakiem umiejętności, nie spełniałem oczekiwań, przykrywając prawdę zupełnie inną. Specjalnie nie przejąłem się tymi słowami i przyjąłem zasadę, że lepiej niech on o tym wie, że ja nie wiedziałem, a wiem co powinienem. Czysta maskarada, uśmiechnąłem się tylko udając zrozumienie ogólnej sytuacji. Szkoda, bo zwolniłem się z pracy poprzedniej aby pracować w tej akurat, nieudolność podejmowania decyzji zatrudniania nowych pracowników tej firmy doprowadziło do nieudolnego wytłumaczenia powodów np. mojego zwolnienia wysuwając na pierwszy plan moje umiejętności, a później niby mniej istotny, ale rzeczywisty powód do zwolnienia, nie przedłużenia umowy pracy. Hmmm....takich ludzi unikałem w wojsku, ale jak widać w cywilu też takie praktyki są stosowane, lepiej cudze, nawet wymyślone braki wytknąć aby tylko uratować jakoś swoją lub firmy twarz. Nie chciało mi się udowadniać swojego spostrzeżenia (po co palić mosty za sobą?) a głupi niech myśli, że jest mądry. W ten sposób pożegnano mnie, Ja pożegnałem się bez cienia wyrzutów sumienia, jak wspomniałem jutro mnie czeka rozmowa w sprawie przyszłej pracy...
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Wakacje!
Oczywiście moje wakacje szybko się skończyły, żona pojechała z dziećmi do rodziny w Białostockie czego im zazdroszczę, a sam pozostaję na straży naszych przyszłych finansów pracując od rana do wieczora. Spokojna praca, troszkę nudna, jednostajna, bez urozmaiceń. Firma nadal nie dostarczyła nowych samochodów, które miały dotrzeć już jakiś czas temu, jeżdżę na doczepkę z innymi kierowcami i coś czuję, że im to nie pasuje jak i zarówno mnie. Dojazdy do budowy zaczynają przypominać tory krosowe po ostatnich burzliwych opadach, błota po kolana. Piszę ten tekst wieczorem i słyszę za oknem jak wzmaga się deszcz, kiedyś na to nie zwracałem uwagi, teraz widzę oczami wyobraźni jak będzie trudny dojazd na budowę i że te przeklęte napędy diabłom się tylko będą nadawały! Dziś pojechałem pierwszy raz sam i proszę sobie wyobrazić, że niczego nie spieprzyłem, niczego nie uszkodziłem, stłukłem, rozbiłem, bo w oczach reszty jakoś to inaczej wyglądało kiedy miałem jechać "bez obstawy". Śmieszne, Ja który tylu kierowców w wojsku, teraz muszę znosić wzrok pełnych obaw czy dotrę do celu...
czwartek, 12 sierpnia 2010
Mija czas, nie ubłagalnie...
W nowej pracy przechodzę serię testów sprawnościowych jak i prób psychicznych i sam nie wiem czego jeszcze. Zauważyłem, że jak samochód zakopie się w trudnym terenie to zaraz robi mała afera, dziwne uśmieszki, dziwne komentarze, nawet niby to jest karane przez szefa firmy za wyciąganie pojazdu gdy zagrzebał się, bo szef tej firmy twierdzi, że betoniarki są do jeżdżenia, a nie ciągania przez inny pojazd, nawet lin holowniczych nikt nie ma! Dziwne podejście, zwłaszcza gdy najczęściej podjazd pod budowę przypomina lekką ekstremę dla pojazdów nie przystosowanych pod taki grunt z jakimi najczęściej się spotykają. Największy ból tych betoniarek jest brak przedniego napędu, mimo, że na tylne dwie osie można zblokować, dwie przednie pozostają bez napędów co jest w tym przypadku dość niewybaczalne, co się szybko mści. Tak właśnie wczoraj było w moim przypadku, cofając nie "wkręciłem" na obroty odpowiednio i przedwcześnie zatrzymałem się przed pompą, dalsze próby poprawki nie odniosły skutku, dopiero ciągnik budowlany mnie po małych problemach wyciągnął na tyle aby ponownie wjechać pod pompę prawidłowo.
Mówimy o terenie gliniastym, torfowym w tym okresie pory letniej, co się będzie działo jesienią, wiosną, podczas deszczów, słoty wiosenno-jesiennej? Oczywiście moje poczynania zostały poddane komentarzom lokalnym pracownikom, słuchy chodzą, że nawet jak kierowca "popełnia" takie czyny to pracownicy budowy mają jakiś dziwny wpływ na przyjazd tego samego kierowcy na budowę. Hmmmm...ok, Ja się dopiero uczę, tak samo jak podjazdu pod zsyp betonu z węzła, nic nie widać, trzeba trafić wlewam gruszki w zsyp węzła, niby prosta czynność ale...nie tak do końca! Chyba mój stwardniały kręgosłup tego jakoś nie załapał i kombinuję podjazd po swojemu udając, że wychylam się całym ciałem poza okno kierowcy. No cóż jakieś stare nawyki weszły w tą firmę i tego się każdy trzyma. Lecz to nie wszystko, ale o tym później i po kolei.
Mówimy o terenie gliniastym, torfowym w tym okresie pory letniej, co się będzie działo jesienią, wiosną, podczas deszczów, słoty wiosenno-jesiennej? Oczywiście moje poczynania zostały poddane komentarzom lokalnym pracownikom, słuchy chodzą, że nawet jak kierowca "popełnia" takie czyny to pracownicy budowy mają jakiś dziwny wpływ na przyjazd tego samego kierowcy na budowę. Hmmmm...ok, Ja się dopiero uczę, tak samo jak podjazdu pod zsyp betonu z węzła, nic nie widać, trzeba trafić wlewam gruszki w zsyp węzła, niby prosta czynność ale...nie tak do końca! Chyba mój stwardniały kręgosłup tego jakoś nie załapał i kombinuję podjazd po swojemu udając, że wychylam się całym ciałem poza okno kierowcy. No cóż jakieś stare nawyki weszły w tą firmę i tego się każdy trzyma. Lecz to nie wszystko, ale o tym później i po kolei.
wtorek, 10 sierpnia 2010
Nowa praca.
No i dokonało się, od wczoraj jestem zatrudniony w firmie w której chciałem być od dawna, nie będę wymieniał jej nazwy, ale na początek mojej kariery wystarczy. Wszelkie formalności papierkowe spełniłem, przeszedłem wstępne jazdy adaptacyjne i zostałem przeznaczony do jednej z filii tej firmy blisko mego zamieszkania. Chyba lepiej nie mogło być. Wprawdzie na z jednej z jazd w drodze do przeznaczenia najzwyczajniej zakopaliśmy się na drodze szutrowo-dojazdowej po same osie, dopiero wygrzebał Nas DET który miał dość poważne z początku kłopoty z wyciągnięciem MAN-a z ponad 10 t ładunkiem. Od jutra zaczynam pracę w swoim miejscu przeznaczenia.
Przy okazji zrobiłem ponownie badania do prawa jazdy koszt 50zł) aby przedłużyć jego ważność, musiałem przejść badania wzroku (koszt 100zł) i udało się, mam wszystko poprostowane. Teraz mam spokój na jakiś czas.
Udało mi się wciągnąć kolegę z kursu do tej firmy, z tym że on musi przejść to co Ja od początku, chłopak się przejął strasznie i prawie sra ogniem na myśl o jazdach adaptacyjnych bo przecież nie ma wielkiego doświadczenia i stąd są jego obawy. Jutro przyjeżdża, więc będziemy się widzieć, przytulę do klaty, po głowie pogłaszczę, pocieszę dobrym słowem.
Przy okazji zrobiłem ponownie badania do prawa jazdy koszt 50zł) aby przedłużyć jego ważność, musiałem przejść badania wzroku (koszt 100zł) i udało się, mam wszystko poprostowane. Teraz mam spokój na jakiś czas.
Udało mi się wciągnąć kolegę z kursu do tej firmy, z tym że on musi przejść to co Ja od początku, chłopak się przejął strasznie i prawie sra ogniem na myśl o jazdach adaptacyjnych bo przecież nie ma wielkiego doświadczenia i stąd są jego obawy. Jutro przyjeżdża, więc będziemy się widzieć, przytulę do klaty, po głowie pogłaszczę, pocieszę dobrym słowem.
sobota, 7 sierpnia 2010
Lato, lato...
Nad Morągiem przeszła gwałtowna ulewa, jak gwałtownie nadeszła tak samo ucichła. Duszno i parno nie idzie w domu wytrzymać. Do południa pomyszkowaliśmy po mieście robiąc drobne zakupy, nowe sandały, półbuty, koszulka, spodenki krótkie, wszystko pod kątem jeszcze trwającego lata.
Wczoraj rozpisałem się na temat nowej pracy i nie mogę doczekać się wyjazdu do Olsztyna aby dopełnić formalności. W dodatku pomagam przy budowie łodzi motorowej która daje mi mały dodatkowy dochód finansowy, który może mi pomoże zbliżyć się do upragnionego motocykla. Tyle mnie dzieli do niego, że nie wiem czy do przyszłego roku dam radę z jego zakupem.
Tak właśnie wygląda przykładowo mój przyszły motocykl Honda Varadero 1000
Wczoraj rozpisałem się na temat nowej pracy i nie mogę doczekać się wyjazdu do Olsztyna aby dopełnić formalności. W dodatku pomagam przy budowie łodzi motorowej która daje mi mały dodatkowy dochód finansowy, który może mi pomoże zbliżyć się do upragnionego motocykla. Tyle mnie dzieli do niego, że nie wiem czy do przyszłego roku dam radę z jego zakupem.
Tak właśnie wygląda przykładowo mój przyszły motocykl Honda Varadero 1000
czwartek, 5 sierpnia 2010
Jak ten czas szybko leci.
Po Grunwaldzie nadszedł czas oblegać Malbork, a że mój stary przyjaciel Nas zaprosił więc skorzystaliśmy z tej okazji i mogliśmy zobaczyć to czego od lat nie byliśmy wstanie obejrzeć. Oczywiście sam pobyt był świetny, kąpiel w jeziorze w strugach ulewnego deszczu, sam spacer po kramikach pod zamkiem dał nam jakieś wyobrażenie o życiu w tamtych czasach. Same oblężenie zobaczyliśmy dość późnym wieczorem podczas niepewnej pogody, ale wszystko skończyło się bez ulewy i to już nas cieszyło!
A co z pracą? Jak przewidywałem z pracą nie czekano już na mnie, przyjęto na moje planowane miejsce kogoś innego, oczywiście kazano mi się dowiadywać w późniejszym czasie, co raczej mnie nie napawało optymizmem, no ale cóż innego mi pozostało? Oczywiście szukanie innej pracy, propozycji było kilka, ale w firmach o bardzo słabej reputacji, druga firma betoniarska jeszcze się nie rozkręciła, tak więc szukam dalej. W pewnym momencie dostałem informację, że firma pod Morągiem, do której kiedyś starałem się o pracę potrzebuje kierowcę. Szybki telefon, zaraz też tam podjechałem, krótka rozmowa, podpisane umowy i do roboty. Na drugi dzień przyszło mi zobaczyć czym mam jeździć: Scania 113H rocznik 1994 i naczepa niskopodwoziowa ze skrętnymi osiami rocznik 1974...tak tak młodsza ode mnie o ok. 7 lat. Sam ciągnik okazał się w dość dobrym stanie, ale zaniedbana pod względem czystości nie szło wejść do kabiny nie brudząc się przy tej czynności, lusterka na pięć sztuk , trzy były popękane i luźne, szyba od strony kierowcy wypadała. Już pierwszego dnia miałem kurs do Olsztyna z elementami, załadowano mnie, a tym czasie wyrzuciłem śmieci które pomieściłem w trzech reklamówkach, później jeszcze doszła czwarta. Naczepa wydawała się OK, ale zaraz po wyjeździe z firmy dała znać o sobie, ale dałem radę, ciągnik wkrótce też poinformował mnie, że ilość ładunku na naczepie chyba jak na jego 360 KM (pewnie ze 40 KM dawno temu uciekły na zasłużoną łąkę) dwa pierwsze podjazdy szybko udowodniły, że moje domysły były słuszne. Świadkiem moich wyczynów był sam szef firmy, który pojechał ze mną, nie wiem co on myślał, ale jakimś dziwnym trafem uspokajał mnie i pocieszał. Zajechaliśmy na budowę i tam mnie rozładowano, sam wjazd był dość trudny, a samo wycofanie się było jeszcze trudniejsze bo jak wjechałem, tak wycofać się musiałem, dałem radę. FIrma z niczym się nie liczyła, dowodem był wyjazd do Gdyni, gdzie poduszka powietrzna była powodem zabrania dowodu rejestracyjnego w samym środku Gdańska, była ona już zapotrzebowana, nawet zakupiona i ściągnięta lecz nie było czasu aby ją wymienić, sromotna była zemsta zrządzenia losu. Na drugi dzionek poduszka okazała się złą wersją (zaopatrzeniowiec miał głęboko gdzieś aby zakupić prawidłową) gdy przywieziono właściwą to okazało się, że trzeba znów jechać, niestety naczepa odmówiła współpracy i poduszkę można było wymieniać na spokojnie. Organizacja pracy w tej firmie daje wiele do zrozumienia, tabor transportowy służył tylko wyłącznie do korzystania z niego, ale nie do jego utrzymywania. Na moje pięć dni jakie tam pracowałem Scanię doprowadziłem do stopnia dostatecznego aby nie trzeba było się wstydzić samym wyglądem. Szybę kierowcy doprowadziłem do porządku (niestety otwieranie drzwi kierowcy dalej jest możliwe od zewnątrz) naczepę udało mi się z pomocą mechanika również doprowadzić do stanu współpracy i uniknąć większych uszkodzeń, korbę do ręcznego opuszczania podpór też wzmocniłem i lekko zmodyfikowałem, udało mi się wydębić nowe pasy zabezpieczające ładunek, dorobiłem podkładki pod pasy. Niestety z lusterkami nie doszedłem do ładu, drzwi kierowcy nie udało mi się zrobić, siodła ciągnika również, opon w naczepie i ciągniku również, ale na to już nie miałem czasu, bo się zwolniłem z tej firmy. Szkoda mi ludzi, którzy tam pracują, bo to przypomina walkę z wiatrakami, większość okazała się świetnymi ludźmi, chętnymi do współpracy, pełni entuzjazmu mimo wszelkich trudności z jakimi borykała się firma.
Zwolniłem się tak szybko, bo firma do której się starałem od samego początku mojej kariery kierowcy po odejściu z wojska i uzyskaniu prawa jazdy kierowcy zawodowego dała mi jednak zielone światło i w poniedziałek następny będę prawdopodobnie zatrudniony, stabilizacja w tej firmie, praca na w miarę nowym sprzęcie powinna mi dać satysfakcję wykonywanego nowego i okupionego sporym wysiłkiem finansowym zawodu kierowcy zawodowego. Chyba mam prawo odetchnąć pełną piersią, że mój plan powiódł się, choć z wielkim opóźnieniem...dobrze że jestem cierpliwy, czego większości niestety brakuje.
A co z pracą? Jak przewidywałem z pracą nie czekano już na mnie, przyjęto na moje planowane miejsce kogoś innego, oczywiście kazano mi się dowiadywać w późniejszym czasie, co raczej mnie nie napawało optymizmem, no ale cóż innego mi pozostało? Oczywiście szukanie innej pracy, propozycji było kilka, ale w firmach o bardzo słabej reputacji, druga firma betoniarska jeszcze się nie rozkręciła, tak więc szukam dalej. W pewnym momencie dostałem informację, że firma pod Morągiem, do której kiedyś starałem się o pracę potrzebuje kierowcę. Szybki telefon, zaraz też tam podjechałem, krótka rozmowa, podpisane umowy i do roboty. Na drugi dzień przyszło mi zobaczyć czym mam jeździć: Scania 113H rocznik 1994 i naczepa niskopodwoziowa ze skrętnymi osiami rocznik 1974...tak tak młodsza ode mnie o ok. 7 lat. Sam ciągnik okazał się w dość dobrym stanie, ale zaniedbana pod względem czystości nie szło wejść do kabiny nie brudząc się przy tej czynności, lusterka na pięć sztuk , trzy były popękane i luźne, szyba od strony kierowcy wypadała. Już pierwszego dnia miałem kurs do Olsztyna z elementami, załadowano mnie, a tym czasie wyrzuciłem śmieci które pomieściłem w trzech reklamówkach, później jeszcze doszła czwarta. Naczepa wydawała się OK, ale zaraz po wyjeździe z firmy dała znać o sobie, ale dałem radę, ciągnik wkrótce też poinformował mnie, że ilość ładunku na naczepie chyba jak na jego 360 KM (pewnie ze 40 KM dawno temu uciekły na zasłużoną łąkę) dwa pierwsze podjazdy szybko udowodniły, że moje domysły były słuszne. Świadkiem moich wyczynów był sam szef firmy, który pojechał ze mną, nie wiem co on myślał, ale jakimś dziwnym trafem uspokajał mnie i pocieszał. Zajechaliśmy na budowę i tam mnie rozładowano, sam wjazd był dość trudny, a samo wycofanie się było jeszcze trudniejsze bo jak wjechałem, tak wycofać się musiałem, dałem radę. FIrma z niczym się nie liczyła, dowodem był wyjazd do Gdyni, gdzie poduszka powietrzna była powodem zabrania dowodu rejestracyjnego w samym środku Gdańska, była ona już zapotrzebowana, nawet zakupiona i ściągnięta lecz nie było czasu aby ją wymienić, sromotna była zemsta zrządzenia losu. Na drugi dzionek poduszka okazała się złą wersją (zaopatrzeniowiec miał głęboko gdzieś aby zakupić prawidłową) gdy przywieziono właściwą to okazało się, że trzeba znów jechać, niestety naczepa odmówiła współpracy i poduszkę można było wymieniać na spokojnie. Organizacja pracy w tej firmie daje wiele do zrozumienia, tabor transportowy służył tylko wyłącznie do korzystania z niego, ale nie do jego utrzymywania. Na moje pięć dni jakie tam pracowałem Scanię doprowadziłem do stopnia dostatecznego aby nie trzeba było się wstydzić samym wyglądem. Szybę kierowcy doprowadziłem do porządku (niestety otwieranie drzwi kierowcy dalej jest możliwe od zewnątrz) naczepę udało mi się z pomocą mechanika również doprowadzić do stanu współpracy i uniknąć większych uszkodzeń, korbę do ręcznego opuszczania podpór też wzmocniłem i lekko zmodyfikowałem, udało mi się wydębić nowe pasy zabezpieczające ładunek, dorobiłem podkładki pod pasy. Niestety z lusterkami nie doszedłem do ładu, drzwi kierowcy nie udało mi się zrobić, siodła ciągnika również, opon w naczepie i ciągniku również, ale na to już nie miałem czasu, bo się zwolniłem z tej firmy. Szkoda mi ludzi, którzy tam pracują, bo to przypomina walkę z wiatrakami, większość okazała się świetnymi ludźmi, chętnymi do współpracy, pełni entuzjazmu mimo wszelkich trudności z jakimi borykała się firma.
Zwolniłem się tak szybko, bo firma do której się starałem od samego początku mojej kariery kierowcy po odejściu z wojska i uzyskaniu prawa jazdy kierowcy zawodowego dała mi jednak zielone światło i w poniedziałek następny będę prawdopodobnie zatrudniony, stabilizacja w tej firmie, praca na w miarę nowym sprzęcie powinna mi dać satysfakcję wykonywanego nowego i okupionego sporym wysiłkiem finansowym zawodu kierowcy zawodowego. Chyba mam prawo odetchnąć pełną piersią, że mój plan powiódł się, choć z wielkim opóźnieniem...dobrze że jestem cierpliwy, czego większości niestety brakuje.
poniedziałek, 19 lipca 2010
No tak! CIągle wiatr w oczy!
I po grunwaldzie, upał w dniu walki był tak nieznośny, że ludzie mdleli jak pociągnięci serią z karabinu, karetki co chwila kursowały do szpitala polowego. My jakoś ten upał przeżyliśmy uzbrojeni w czapki, wodę, piwo, aparaty, kamery i lornetki. Sama inscenizajca mogła się podobać, choć specjalnie widoków nie mieliśmy, tłum był tak ogromny, że prawie nie szło nad nim zapanować. Tegoroczne obchody były przeprowadzone na wielką skalę.
Dziś nie udało mi się odebrać KW na przewóz rzeczy, bo wypisali z błędną datą i wysłano z powrotem aby poprawić, nie wiem co jutro będzie, samochód mojemu Tacie muszę oddać, całe szczęście, że moja Omesia doszła już do siebie więc będzie można poszaleć po tak długim czasie, stała przecież ponad 1,5 miesiąca u mechanika. Miałem sporo problemów przez to, bo poznałem na nowo PKP, PKS, komunikację miejską w Elblągu, Olsztynie i szczerze przyznam się że cieszę się że już więcej zgłębiać nie muszę tych rodzajów komunikacji. Tak więc czekam co jutro mi przyniesie...
Dziś nie udało mi się odebrać KW na przewóz rzeczy, bo wypisali z błędną datą i wysłano z powrotem aby poprawić, nie wiem co jutro będzie, samochód mojemu Tacie muszę oddać, całe szczęście, że moja Omesia doszła już do siebie więc będzie można poszaleć po tak długim czasie, stała przecież ponad 1,5 miesiąca u mechanika. Miałem sporo problemów przez to, bo poznałem na nowo PKP, PKS, komunikację miejską w Elblągu, Olsztynie i szczerze przyznam się że cieszę się że już więcej zgłębiać nie muszę tych rodzajów komunikacji. Tak więc czekam co jutro mi przyniesie...
czwartek, 15 lipca 2010
A by to...
Stare powiedzenie wojaka mówi, póki nie trzymasz czegoś w ręku, niczego pewien nie możesz być!
Byłem w Gdańsku z córką na jej przyszłej uczelni w drodze powrotnej miałem odebrać kwit na przewóz rzeczy, ale nie odebrałem, bo nie doszły pocztą, więc wróciłem prosto do domu. Nie cierpię biurokracji i tego czekania na coś co mnie kosztowało ponad 3 tyś. zł! W drodze powrotnej samochód prowadziła córka, nie było źle, ale musi popracować nad umiejętnością obserwowania znaków drogowych i zachowania się różnych sytuacjach. Jak widać bez doświadczenie będzie jej potrzebne.
Oboje mieliśmy chwilę czasu więc zajechaliśmy na starówkę gdańską, która od niepamiętnych czasów bardzo mnie urzekała, jej klimat, architektura bardzo dobrze działa. Podobnie krakowska ma taki wpływ na mnie.
Jutro przygotowania do wyjazdu na Grunwald, sporo zamieszania wyszło przy tym, ale zaczynam obojętnieć powoli. Ciężko jakoś mi ostatnio dogaduje z ludźmi, czy tylko to takie moje wrażenie. Heheee...nawet tracę ochotę na pisanie.
Opatrzność dziwnie ostatnio się zachowuje, czasem jej nie rozumiem, kontakt jakby się urywa, nie rozumiem jej, czy to sen, czy to jawa?
Byłem w Gdańsku z córką na jej przyszłej uczelni w drodze powrotnej miałem odebrać kwit na przewóz rzeczy, ale nie odebrałem, bo nie doszły pocztą, więc wróciłem prosto do domu. Nie cierpię biurokracji i tego czekania na coś co mnie kosztowało ponad 3 tyś. zł! W drodze powrotnej samochód prowadziła córka, nie było źle, ale musi popracować nad umiejętnością obserwowania znaków drogowych i zachowania się różnych sytuacjach. Jak widać bez doświadczenie będzie jej potrzebne.
Oboje mieliśmy chwilę czasu więc zajechaliśmy na starówkę gdańską, która od niepamiętnych czasów bardzo mnie urzekała, jej klimat, architektura bardzo dobrze działa. Podobnie krakowska ma taki wpływ na mnie.
Jutro przygotowania do wyjazdu na Grunwald, sporo zamieszania wyszło przy tym, ale zaczynam obojętnieć powoli. Ciężko jakoś mi ostatnio dogaduje z ludźmi, czy tylko to takie moje wrażenie. Heheee...nawet tracę ochotę na pisanie.
Opatrzność dziwnie ostatnio się zachowuje, czasem jej nie rozumiem, kontakt jakby się urywa, nie rozumiem jej, czy to sen, czy to jawa?
środa, 14 lipca 2010
Jak ten czas leci!
Sam nie mogę uwierzyć co w tym czasie się działo jak milczałem...z powodu prostego! Kurs na przewóz rzeczy rozpoczął się 14 maja skończył się 20 czerwca, koszt 3000zł egzamin 7 lipca odbiór "świstka" niby jutro, a jutro ewentualny wyjazd do Elbląga, powrót do Olsztyna aby się upewnić czy praca jeszcze na mnie czeka czy uruchamiać plan "B". Córka startuje na studia, kaszana wyszła z tego totalna czeka mnie też jutro wpadnięcie do Gdańska, miałem odwiedzić "Majoneza" kompletny brak czasu spowoduje, że po prostu z Gdańska będę umykał jak pies zbity, zresztą pożyczonym samochodem od mojego kochanego Tatusia! Mam tylko nadzieję, że wszelkie sprawy załatwię w krótkim czasie z wynikiem pozytywnym. Omesia reanimuje się wciąż, mechanik raczył się w końcu zabrać do silnika (po miesiącu) niby w piątek ma mi ją przekazać gotową do jazdy (w co nie bardzo mi się chce wierzyć) a tu wyjazd na Grunwald, później Oblężenie Malborka, w międzyczasie pewnie nowa praca w której bez samochodu siebie nie widzę.. Jak się okazuje obecnie bez pojazdu to jak bez ręki, co szanowna współmałżonka raczyła nawet zauważyć.
W tym okresie upały szaleją, nie miałem okazji specjalnej okazji leniuchować na plaży, ale na żaglówce i owszem...piękne wspomnienia mam choć zaledwie 3 razy pojawiłem się na wodzie. Ostatnio od ponad 1.5 roku raczej rzadko pojawiałem się na wodzie odkąd sprzedałem swoją łódkę. Coś mi mówi, że nadchodzący czas sprzyja myśleniu o powrocie do posiadania nowej łódki, motocykla...
Jutro napiszę coś więcej...błogość mnie ogarnia jakaś, może fotki wstawię nawet?
Stanisław LEM napisał : Daj człowiekowi wszystko czego zapragnie, a zgnębisz go!
Tak, to jest prawda, nigdy nie byłem zamożny i nie chciałbym, pozbawiony bym był celów życiowych, marzeń które mógłbym osiągnąć własnymi rękoma, osiągnięciami.
Drogi są pokrętne, pełne zaskoczeń i niespodzianek
Schodzą i rozchodzą się ku naszemu zaskoczeniu
Walki trwają, krew i łzy, żadnych branek
A czas i tak robi swoje w swoim zboczeniu.
Czas orgii, czas kochanek!
W tym okresie upały szaleją, nie miałem okazji specjalnej okazji leniuchować na plaży, ale na żaglówce i owszem...piękne wspomnienia mam choć zaledwie 3 razy pojawiłem się na wodzie. Ostatnio od ponad 1.5 roku raczej rzadko pojawiałem się na wodzie odkąd sprzedałem swoją łódkę. Coś mi mówi, że nadchodzący czas sprzyja myśleniu o powrocie do posiadania nowej łódki, motocykla...
Jutro napiszę coś więcej...błogość mnie ogarnia jakaś, może fotki wstawię nawet?
Stanisław LEM napisał : Daj człowiekowi wszystko czego zapragnie, a zgnębisz go!
Tak, to jest prawda, nigdy nie byłem zamożny i nie chciałbym, pozbawiony bym był celów życiowych, marzeń które mógłbym osiągnąć własnymi rękoma, osiągnięciami.
Drogi są pokrętne, pełne zaskoczeń i niespodzianek
Schodzą i rozchodzą się ku naszemu zaskoczeniu
Walki trwają, krew i łzy, żadnych branek
A czas i tak robi swoje w swoim zboczeniu.
Czas orgii, czas kochanek!
wtorek, 25 maja 2010
Małe podsumowanie.
No tak, na podsumowania wydarzeń nigdy za wiele! Głównym tematem jest moje przekwalifikowanie się z "trepa" na kierowcę zawodowego, koszty: kurs "C' 1800zł; kurs "C+E" 1700zł; jeden egzamin poprawkowy 162zł; przyśpieszony kurs kwalifikacji wstępnej na przewóz rzeczy 3000zł; karta cyfrowa kierowcy 184; dwa razy wymieniałem prawo jazdy i czeka mnie jeszcze jedna po ukończeniu kursu na przewóz rzeczy; badania lekarskie psychotesty 65zł, lekarskie 50zł, badania okresowe ok 100zł co daje całkowity koszt 7316zł. Czas jaki poświęciłem na to: około pół roku. Gdybym chciał osiągnąć większe możliwości zawodowe jako kierowca, to trzeba by było doliczyć kurs podstawowy ADR(przewóz rzeczy niebezpiecznych), operatora HDS, wózków widłowych. Jak widać gołym okiem, jest to chyba najdroższy zawód bez większego wykształcenia! Oczywiście całe to przedsięwzięcie nie daje gwarancji, że będzie się dobrze zarobkować, ale jak widać Ja mogę sobie pozwolić na takie "zachciewajki" lecz większość już raczej nie, UP niby pomaga, ale tylko w stopniu podstawowym, czasokres szkoleń jest wręcz mało realny dla tych co nie pracują, lub co gorzej pracują, a chcą się przekwalifikować się na ten zawód.
To tyle tytułem moich refleksji w tym zagadnieniu, za jakiś czas tych kierowców zacznie brakować.
To tyle tytułem moich refleksji w tym zagadnieniu, za jakiś czas tych kierowców zacznie brakować.
poniedziałek, 24 maja 2010
Czas umyka i to bardzo szybko...
Czas leci, nikt by się tego tak nie spodziewał, ostatnio nie miałem specjalnie czasu i chęci na pisanie, ciągle coś się działo! Pracę niby mam, ale nie tak do końca, przewóz rzeczy mnie tylko ogranicza, kurs rozpocząłem, który został skrócony do 140 h za cenę 3000zł, pierwsze takie organizowane kursy w moich okolicach, mimo tego i trwa dość długo, bo półtora miesiąca nie można nazwać szybkim kursem. Całe szczęście, że karta doszła bardzo szybko w ciągu półtora tygodnia, no cóż ta prędkość specjalnie mnie nie pociesza, czeka mnie znów wymiana prawa jazdy (czwarta) mało tego dopatrzyłem się pewnych anomalii w terminie ważności dokumentów i muszę tą sprawę wyprostować, bo inaczej zwiększą się koszty, ale to już po zdanym egzaminie na przewóz rzeczy, załatwię to za jednym zamachem przy tej okazji. Toż to szok! Jak można zaproblemić zawód kierowcy zawodowego, tylko w Polsce i to za nie małe pieniądze!
W ciągu tej przerwy w moim pisaniu, Córka skończyła liceum, zdała maturę, teraz obecnie odpoczywa po nasilonej nauce, za tydzień jedziemy do Białegostoku święcić zaślubiny małżeńskie, dawno tam nie byłem, dziewicze rejony, mili ludzie, spokój, cisza...prawie jak na Mazurach!
Popatrzę cóż tam się w kuchni dzieje z kurczakiem itd.
W ciągu tej przerwy w moim pisaniu, Córka skończyła liceum, zdała maturę, teraz obecnie odpoczywa po nasilonej nauce, za tydzień jedziemy do Białegostoku święcić zaślubiny małżeńskie, dawno tam nie byłem, dziewicze rejony, mili ludzie, spokój, cisza...prawie jak na Mazurach!
Popatrzę cóż tam się w kuchni dzieje z kurczakiem itd.
środa, 7 kwietnia 2010
No i po świętach...
...wielkim obżarstwie, sztuki kulinarnej! No bo przecież była kaczka z jabłkami, dorsz w potrawce, sałatki różnej maści, mięso duszone, zimne zakąski wędzone pod naszym czujnym okiem, gołąbki, ciasta! Wręcz można by napisać, że lekka przesada, ale tak rzadko to robimy, że może ten grzeszek jakoś Nas dotkliwie nie dotknie, nikogo nie obrazi!
Te istoty mnie bliskie mojemu sercu, świetnie się rozumiejące mogły przy jednym stole porozmawiać, bawić się, dyskutować... oby było takich chwil jak najwięcej...
Te istoty mnie bliskie mojemu sercu, świetnie się rozumiejące mogły przy jednym stole porozmawiać, bawić się, dyskutować... oby było takich chwil jak najwięcej...
sobota, 3 kwietnia 2010
No i święta!
Dziś dzień działania w kuchni, zająłem się osobiście dorszem w farszu własnego pomysłu, jest pyszny! Barszczyk biały w moim wykonaniu, wczoraj sałatkę warzywną dokończyłem! Snikers, karpatka, sałatka i kaczka nadziewana dzieła mojej żony. Wieczorem pakujemy się i ruszamy do mojej siostry i tam spędzamy święta, Iława to moje miasto rodzinne więc tym bardziej będę się tam czuł swojsko. Fajnie jest spędzać czas świąteczny wraz z rodziną. Pozdrawiam!
piątek, 2 kwietnia 2010
Strzała, takie proste...
Jak widać na zdjęciu tzw. promień strzały jest gotowy do przyklejania lotek, czynność dość precyzyjna, ale o tym później.
Bo najpierw trzeba z pióra wyciąć lotki i przygotować...
tu mamy lotki gotowe prawie do przyklejenia, oczywiście lotki powinne pochodzić z piór skrzydła lewego i prawego, Ja na razie na to nie zwracam uwagi bo to są moje strzały treningowe, później będę cudował.
Jak widać, przed doklejeniem lotki trzeba ją najpierw wyrównać(dutkę) aby klejenie było pewne, widać też "przyrząd" sklecony w pośpiechu, tak szybko chciałem zacząć tworzyć strzały!
Linijki, spinacz biurowy i mamy maszynkę do klejenia lotek! ;-D
Sam proces klejenia lotek wymaga szczególnej uwagi, musi być zachowana symetryczność odległości i poprawne klejenie...
Tu widać jak przyklejone lotki są wzmacniane owijką, a sama owijka zabezpieczona lakierem (do paznokci, żona nawet nie oponowała) ostatnie zdjęcie pokazuje gotową strzałę bez grotu! Te czynności będę wykonywał w najbliższym czasie...
Wczoraj byłem na rybach, porażka totalna, dorsze wyczuły, że święta się zbliżają i wyniosły się gdzieś w otchłań Bałtyku, połowy były marne, sam złowiłem zaledwie 4 dorsze inni podobnie lub nie wiele więcej, zapomniałem aparatu zabrać ze sobą ( i tak by nie było co fotografować) więc wstawiam zdjęcia z poprzedniej wyprawy...
Sam autor w dobrym jeszcze humorze...
Bo najpierw trzeba z pióra wyciąć lotki i przygotować...
Jak widać, przed doklejeniem lotki trzeba ją najpierw wyrównać(dutkę) aby klejenie było pewne, widać też "przyrząd" sklecony w pośpiechu, tak szybko chciałem zacząć tworzyć strzały!
Linijki, spinacz biurowy i mamy maszynkę do klejenia lotek! ;-D
Sam proces klejenia lotek wymaga szczególnej uwagi, musi być zachowana symetryczność odległości i poprawne klejenie...
Tu widać jak przyklejone lotki są wzmacniane owijką, a sama owijka zabezpieczona lakierem (do paznokci, żona nawet nie oponowała) ostatnie zdjęcie pokazuje gotową strzałę bez grotu! Te czynności będę wykonywał w najbliższym czasie...
Wczoraj byłem na rybach, porażka totalna, dorsze wyczuły, że święta się zbliżają i wyniosły się gdzieś w otchłań Bałtyku, połowy były marne, sam złowiłem zaledwie 4 dorsze inni podobnie lub nie wiele więcej, zapomniałem aparatu zabrać ze sobą ( i tak by nie było co fotografować) więc wstawiam zdjęcia z poprzedniej wyprawy...
Sam autor w dobrym jeszcze humorze...
Byłem w szoku, cóż oni nie robili aby połów był jak najbardziej efektywny...udawałem, że mam tak połapane, że na wszystko mam czas...
poniedziałek, 29 marca 2010
Oj...tam...
Pierwsze strzały wykonane, nie wyglądają zbyt dobrze jak na mój gust, ale co robić, wprawy nabiorę z czasem, z każdą następną idzie mi coraz lepiej, ciągle szukam odpowiedniego kleju i nici na owijki. Pozostaje mi jednak zrobić Maszynkę do wklejania lotek, bo z ręki kiepsko mi idzie. Tematem następnym będzie zrobienie grotów, sposobem najbardziej łatwym, czyli kucie. Kolega ma mini-kuźnię pozostaje jedynie zakupić koks, odpowiedni materiał ze złomu i do roboty.
Jutro w nocy ruszamy na ryby do Łeby, dorsze już pewnie się cieszą, że trafią na świąteczny stół, obiecałem sobie, że u siostry przy okazji sobie pare sztuk uwędzę, ponoć są pyszne, więc trzeba sprawdzić na świeżo postawionej wędzarni! Zdjęcia postaram się wstawić, choć nie obiecuję smaku i zapachu podczas wędzenia. Dziś porządek w piwnicy uskuteczniłem, jutro atakuję balkon, trochę tego nazbierało się podczas zimy nie wiadomo skąd!? U Was to samo się dzieje?
Jutro w nocy ruszamy na ryby do Łeby, dorsze już pewnie się cieszą, że trafią na świąteczny stół, obiecałem sobie, że u siostry przy okazji sobie pare sztuk uwędzę, ponoć są pyszne, więc trzeba sprawdzić na świeżo postawionej wędzarni! Zdjęcia postaram się wstawić, choć nie obiecuję smaku i zapachu podczas wędzenia. Dziś porządek w piwnicy uskuteczniłem, jutro atakuję balkon, trochę tego nazbierało się podczas zimy nie wiadomo skąd!? U Was to samo się dzieje?
sobota, 20 marca 2010
Ryby nie mają głosu...
Niby tak, ale czy na pewno? Miałem z moim kolegą jechać na ryby, terminy zajęte miejsc nie ma, od jakiegoś czasu czekaliśmy na okazję, bo a nóż zwolni się miejsce i dokoptujemy w ostatniej chwili! Ta chwila nadeszła wczoraj, są dwa miejsca Jacek nie może jechać (córka mu się rozchorowała) Ja dostałem ostrzeżenie od siostry i poparła Ją moja żona, faktycznie jeszcze nie najlepiej się czuję, a połów na kutrze na Bałtyku to nie spacerek po jeziorze i nie chciałem ryzykować, również zrezygnowałem. No cóż, będą jeszcze okazje na wyjazd, ale z drugiej strony to świeża rybka(dorsz) na święta by się przydała, zwłaszcza, że złowiona "własnymi ręcyma" smakuje jeszcze lepiej. Hmmm...szkoda, że tak wypadki się potoczyły, ale jak widać życie kreuje zupełnie inne plany niż by się chciało.
Wczoraj posiadłem wiedzę teoretyczną na temat wyrobu strzał łuczniczych, skąd tu zdobyć pióra gęsie, indycze? Promienie do strzał już mam, tylko działać! Powoli kończy się dublet Kacpra, małe problemy wyszły przy okazji, ciągłe konsultacje kroju, wykończenia wymusiły różnice zdań. Nie mniej jednak prace posuwają się do przodu. Ciągle o czymś czytam, aby historyczność stroju u uzbrojenia była choć na dobrym poziomie, jak przeglądam tematykę w tym zakresie to zaczyna mnie boleć głowa, ale brnąć dalej trzeba! Matko Naturo! Daj siły na to wszystko!
Wczoraj posiadłem wiedzę teoretyczną na temat wyrobu strzał łuczniczych, skąd tu zdobyć pióra gęsie, indycze? Promienie do strzał już mam, tylko działać! Powoli kończy się dublet Kacpra, małe problemy wyszły przy okazji, ciągłe konsultacje kroju, wykończenia wymusiły różnice zdań. Nie mniej jednak prace posuwają się do przodu. Ciągle o czymś czytam, aby historyczność stroju u uzbrojenia była choć na dobrym poziomie, jak przeglądam tematykę w tym zakresie to zaczyna mnie boleć głowa, ale brnąć dalej trzeba! Matko Naturo! Daj siły na to wszystko!
piątek, 19 marca 2010
Małe sukcesy!
Wczoraj i przedwczoraj dopadł mnie ból brzucha, jednak zdecydowałem się na jazdę przed egzaminem i na pojechanie na sam egzamin. Samą jazdę przed egzaminem jakoś przeżyłem i miałem już świadomość, że sukces mam w ręku, wieczorem ból się nasilił i miałem już czarne chmury. Rano wcześnie wstałem, jako tako się czułem, dam radę, tabletka przeciwbólowa w drodze zaczęła działać, będzie dobrze. Żona z synem pojechali ze mną przy okazji na badania do szpitala, Ja w podczas drogi byłem gdzie indziej myślami. W samym Olsztynie o tej porze dnia korek po byku, żonę z synem odstawiłem do szpitala, sam ruszyłem dalej do WORD-u, już byłem spóźniony, to będzie klops jak mnie nie dopuszczą do egzaminu z powodu nieobecności! Jednak wpadłem jeszcze przed egzaminatorem, nawet zdążyłem przywitać się z 6 osobami zdającymi na C+E przed nadejściem egzaminatora. W końcu nadszedł ustalił jaki samochód wybrać i do dzieła! Omówił szczegółowo konkurencje itd. Na moje oko to nie odkrywał się specjalnie, ciężko było określić jaki jest i jak do Nas podejdzie, prawie kamienna twarz, nie mówił niczego niepotrzebnego co by było zbędne. Ustalona kolejność zdających, Ja trzeci w kolejności, brzuch jak na razie zachowuje się na tyle poprawnie, że jeszcze mogę się skupić nad tym co mam robić wkrótce. Samo rozpoczęcie zajęło troszkę czasu, minęła 2 godzina kiedy wziąłem tabletkę, cały czas myślałem ile ona podziała jeszcze, bo jak znam swój pech w podobnych przypadkach to przestanie jak będę egzaminowany. Nadeszła moja kolej! Podczepiam przyczepę, mam na to 10 min , ćwiczyłem to kilkanaście razy z uśmiechem na twarzy, ten uśmiech mi zgasł jak nie udało mi się za pierwszym razem, podjeżdżam po raz drugi i to samo, patrzę a tam zaczep jest uchylny i przechylił się co drugie podejście z góry było skazane na niepowodzenie, poprawiam się i ... trzeci podjazd również nie udany. Mina moja zrobiła się purpurowa, egzaminatora już nie byłem wstanie ujrzeć, coś rzuciłem pod nosem i wskakuję do kabiny ponownie, myśląc o poddaniu się, ale nie, postanawiam spróbować i udało się, przyczepę zapiąłem, czasu coraz mniej, a tu trzeba sprawdzać światła, przewody podłączyć pokazać wszystko, myślę i tak obleję. Słyszę "OK! Wszystko Pan sprawdził, proszę kontynuować dalej..." mnie kamień z serca spadł! Żeby w tym wieku się stresować jak sztubak? Za co? Mało tego brzuch jednak również się nie poddaje i ponownie daje znać o sobie, znaczy działanie tabletki przestało działać, albo nerwy w tym jeszcze pomogły! Jazda po łuku na początku idzie mi całkiem nieźle, mam na to 5 minut, z łuku wychodzę na wprost, przyczepa zaczyna mi się łamać, poprawiam, po poprawce ponownie mi się łamie, panikuję, poprawiam ale w końcu dojeżdżam patrzę na odległość od słupka i wydaje mi się że jest to minimum 90cm ale egzaminator kręci przecząco głową, no to podjeżdżam do tyłu te ok. 20cm aby usatysfakcjonować gościa! Łuk zaliczyłem w ostatnich sekundach! Matko kieruj byłem zasapany jak po ćwiczeniach w polu! Rozpoczynam następną konkurencję czyli parkowanie skośne, luzuję się troszkę manewr wychodzi bezbłędnie, podobnie jak parkowanie tyłem, nerwy lekko odpuszczają. Egzaminator z kamienną twarzą coś zapisuje na moim zaświadczeniu i karze mi iść i czekać razem z innymi, wow! Z małym uśmiechem na twarzy dołączam do pozostałych co już zaliczyli "placyk" tam chyba odpuściły mi chyba nerwy! Zaraz zacząłem się zastanawiać co tam na tej kartce ten egzaminator nagryzmolił? Pewnie żeby na jeździe po mieście mnie udupić! Ze względu na to że żona i syn już na mnie czekali, bo byli po badaniach zgłosiłem się jako drugi, wsiadłem i pojechaliśmy, egzaminator nic nie mówi tylko wtedy gdy określa kierunek jazdy, wpadamy na jedno rondo i karze wracać z powrotem, no to albo po mnie albo...? Powoli dojeżdżamy do WORD-u, czekam aż miejsce się zrobi na skrzyżowaniu aby wjechać do ośrodka, ten manewr na sam koniec nie mogłem spartaczyć, bo egzaminator tego już by nie wytrzymał! Udało się wjechałem, zawróciłem na placu i czekam na werdykt: "Egzamin zaliczył Pan z wynikiem pozytywnym, gratuluję.". Myślałem, że sobie jaja robi, ale nie prowokowałem, pięknie podziękowałem i z kabiny uciekłem jakbym coś ukradł! Kamień z serca mi spadł, ale brzuchol mi nie odpuszczał i jak by na złość intensywniej pobolewał! Co tam, wsiadam w moją Omesię i jadę po resztę rodziny! Ucieszyli się z tej wieści, ale Ja miałem prawie kamienną twarz, ból narastał, każdy wybój w tym dopomagał, do Morąga dojechałem, 4 piętro zaliczyłem ostatkiem sił, rozebrałem się i padłem na łóżko jak zabity, obudziłem się po 3 godzinach! Jakaż była to cudowna pobudka gdy miałem takie pomyślne wydarzenia za sobą!
Kurs na przewóz rzeczy i osób ma stanieć, to jeszcze jeden powód do radości.
Kurs na przewóz rzeczy i osób ma stanieć, to jeszcze jeden powód do radości.
czwartek, 11 marca 2010
No taak...
Prace nad operacją-projektem Grunwald 2010, czekam na hełm, kolczuga do niego jest już prawie gotowa, ale łuki nie, tzn. jeden niby jest dla Kacpra, dla mnie nie. Wczoraj z kolegą popełniliśmy aż dwa łuki i te sztuki pękły, wcześniej pękł jeden, tak więc 4:1 na korzyść łuku. Wydawało by się, że wyrób łuku to banalna sprawa, ale tak nie było, zależności jest dość sporo więc efektów szybkich nie było, a wręcz przeciwnie! Oczywiście to nas tylko jeszcze bardziej zachęciło, kolega stolarz chyba honorem się uniósł i aż się pali do następnych, tylko odpowiednio dobrany materiał da nam pełny sukces! Nie zapominajmy, że jeszcze stroje historyczne są nam potrzebne, sukna kupione, prawie skrojone, wprawdzie dalekie do skończenia!
A jak się mają inne sprawy? Otóż czekam na wyznaczenie terminu egzaminów na C+E, jestem dobrej myśli, bo przygotowany jestem dobrze, więc niespodzianek nie powinno być, ale nigdy nic nie wiadomo. Wszystko może się zdarzyć! Byłem w Olsztynie pozałatwiałem sprawy finansowe i coś niecoś dowiedziałem się w sprawie przyszłej pracy, to był na prawdę niezły dzień, udany. Wieczorna rozmowa najpierw z Ojcem, a później z siostrą kompletnie poprawiła mi humor na dobranoc. I tak właśnie z uśmiechem na twarzy zasnąłem.
A jak się mają inne sprawy? Otóż czekam na wyznaczenie terminu egzaminów na C+E, jestem dobrej myśli, bo przygotowany jestem dobrze, więc niespodzianek nie powinno być, ale nigdy nic nie wiadomo. Wszystko może się zdarzyć! Byłem w Olsztynie pozałatwiałem sprawy finansowe i coś niecoś dowiedziałem się w sprawie przyszłej pracy, to był na prawdę niezły dzień, udany. Wieczorna rozmowa najpierw z Ojcem, a później z siostrą kompletnie poprawiła mi humor na dobranoc. I tak właśnie z uśmiechem na twarzy zasnąłem.
wtorek, 23 lutego 2010
Świat zapomniany...
Do tego jeszcze wrócę...ale póki co to to sprawy mają się dobrze, emeryturka leci na konto, pracy jeszcze nie znalazłem, ale coś tam się krystalizuje i od kwietnia coś się ruszy. Po zdobyciu kat. jazdy "C" przyszła pora na "C+E" kurs trwa, zaliczę przy okazji ADR-y podstawowe i tylko sprawa kwalifikacji wstępnej, niby pieniądze są, ale trzeba spokojnie do sprawy podejść i może nie będę musiał ze swojej kieszeni wykładać, oby tak było, to na waciki zostanie. Dziś spotkałem dwóch kolegów z wojska, oni oczywiście też już w cywilu obaj czekają na wyjazd do Anglii, ilu tam już nie pojechało? Większość znajomych wojaków ucieka z wojska.
Po tej nieszczęsnej Grecji jakoś mnie nie ciągnie na wyjazdy zagraniczne w celach zarobkowych, pewnie za bardzo się zraziłem, zauważyłem, że i tu w Polsce można zarobić jak się nie jest pazernym tylko poszukać trzeba, trochę zainwestować w siebie, łatwo się o tym pisze, jak ma się za co inwestować, niektórzy tego nie mogą zrobić, popełniają błędy. Któż ich nie popełnia, tylko ten co nic nie robi...
Otóż z Synem mamy jechać na Grunwald, w końcu 600 lecie obchodów tej słynnej bitwy, hełm zlecony u kowala, łuk(kilka sztuk) u znajomego stolarza, kolczugę (czepiec) i strój mamy robić już we własnym zakresie, podpatrzyłem to i owo na necie, zwłaszcza technikę wyrobu kolczugi i tu pomorek padł na moją cierpliwość, bo zrobienie czepca to nie taka prosta sprawa, ale cóż skoro podjąłem się to i nie poddam. Szczerze przyznam się, że syn troszkę się podpalił tym przedsięwzięciem, widzę w jego oku iskrę chęci do działania, dzielnie pomaga mi przy kolczudze choć do opanowanych i wytrwałych nie należy co mnie dziwi, że przy kółkach (a jest ich tysiące) jest w stanie tyle wytrzymać, oczywiście prace te bardziej precyzyjne Ja wykonuję, aczkolwiek podsuwam mu coraz to bardziej odpowiedzialne czynności przy tworzeniu tego projektu. Zdjęcia umieszczę jak tylko będą pierwsze efekty. Moje konsultacje z moim Ojcem wykazały, że kółka nie dadzą się zahartować, a szkoda! No cóż tak bywa i jak to mój rodziciel miał rację, że materiał jaki był użyty do wykonania kółek na kolczugę jest marnej jakości i o hartowaniu można raczej zapomnieć, on nie miał nosa, lecz był pewien - stara szkoła i doświadczenie! Chciałbym być taki jak On, chyba nie da rady! Jako że Ojciec ma net więc na Skype mam teraz ciągły kontakt, również i wizualny, także jego cenne rady są mi pomocne i nie boję się go o to prosić! Jest po prostu wspaniały i za to też właśnie go kocham! Ma już 73 lata, a umysł jak doświadczony 30-sto latek, fizycznie bardzo aktywny, podziwiam go za to!
Po tej nieszczęsnej Grecji jakoś mnie nie ciągnie na wyjazdy zagraniczne w celach zarobkowych, pewnie za bardzo się zraziłem, zauważyłem, że i tu w Polsce można zarobić jak się nie jest pazernym tylko poszukać trzeba, trochę zainwestować w siebie, łatwo się o tym pisze, jak ma się za co inwestować, niektórzy tego nie mogą zrobić, popełniają błędy. Któż ich nie popełnia, tylko ten co nic nie robi...
Otóż z Synem mamy jechać na Grunwald, w końcu 600 lecie obchodów tej słynnej bitwy, hełm zlecony u kowala, łuk(kilka sztuk) u znajomego stolarza, kolczugę (czepiec) i strój mamy robić już we własnym zakresie, podpatrzyłem to i owo na necie, zwłaszcza technikę wyrobu kolczugi i tu pomorek padł na moją cierpliwość, bo zrobienie czepca to nie taka prosta sprawa, ale cóż skoro podjąłem się to i nie poddam. Szczerze przyznam się, że syn troszkę się podpalił tym przedsięwzięciem, widzę w jego oku iskrę chęci do działania, dzielnie pomaga mi przy kolczudze choć do opanowanych i wytrwałych nie należy co mnie dziwi, że przy kółkach (a jest ich tysiące) jest w stanie tyle wytrzymać, oczywiście prace te bardziej precyzyjne Ja wykonuję, aczkolwiek podsuwam mu coraz to bardziej odpowiedzialne czynności przy tworzeniu tego projektu. Zdjęcia umieszczę jak tylko będą pierwsze efekty. Moje konsultacje z moim Ojcem wykazały, że kółka nie dadzą się zahartować, a szkoda! No cóż tak bywa i jak to mój rodziciel miał rację, że materiał jaki był użyty do wykonania kółek na kolczugę jest marnej jakości i o hartowaniu można raczej zapomnieć, on nie miał nosa, lecz był pewien - stara szkoła i doświadczenie! Chciałbym być taki jak On, chyba nie da rady! Jako że Ojciec ma net więc na Skype mam teraz ciągły kontakt, również i wizualny, także jego cenne rady są mi pomocne i nie boję się go o to prosić! Jest po prostu wspaniały i za to też właśnie go kocham! Ma już 73 lata, a umysł jak doświadczony 30-sto latek, fizycznie bardzo aktywny, podziwiam go za to!
wtorek, 26 stycznia 2010
Jest zimno, bo jest zima...
Wiosny jeszcze nie widać, a tu mrozek trzyma, nocą to nawet i do -22st.C dojdzie! Toż to szok, dla niektórych, bo chyba nieliczni tylko pamiętają zimy ubiegłego wieku, a zwłaszcza lat 70'80-tych!
No tak, gadu,gadu, a tu się odebrało prawo jazdy, hmmm...trza robic C+E, z kursem na przewóz rzeczy na razie się wstrzymam, do tego czasu powinno to stanieć. Idzie to jak krew z nosa, do tego czasu może jakąś pracę się znajdzie, tu jak na złość jak na lekarstwo, nie ma, stawki płacowe na granicy najniższej krajowej (na dzisiejszy dzień to ok1300zł) co to się dzieje w tym kraju? Hmmm...niby mi się nie śpieszy, ale dość mam siedzenia no i nie ukrywam, pieniążki by się przydały, komu by się nie przydały?
Na gadulcu jakaś cisza, ale za to mój Ojciec komputerem się obłożył, sieć internetu kazał sobie podłączyć i szaleje powoli, dziś lekko go uczyłem jak korzystać ze Skype-a, szybko się uczy jak na swój wiek (73 lata) pogadali My obaj patrząc sobie w oczy tzn. w kamerki, nawet Babcia(moja Mama) na krótko ze mną pogawędziła, pytając czy aby za takie połączenie się więcej nie płaci, ale jak ją znam to i tak pewnie nie uwierzyła. Technika idzie do przodu, nie do uwierzenia! No i co z tego jak pralka coś zaczyna nawalać, wczoraj zgrzytała (nie z zimna) protestując załamaniem się programu piorącego, nie wiem co zrobiłem, ale udało ją się namówić do współpracy! Czyżby ręce moje leczyły? Kaszpirowski cy cóś?
Ahhhh...bym zapomniał całkiem, gość swoim samochodem lekko mi porysował moją "Omesię" zdrzaźniłem się lekko bo gość nawet nie pokwapił się mnie o tym powiadomić, dogadać się...czekałem całe 3 dni aż się skontaktuje, nie wytrzymałem i poszedłem na Policję! Całe szczęście, że miałem świadka tej "kolizji" więc wyprzeć się nie mógł, sprawę załatwiliśmy w 30 min. i po krzyku! Pierwszy raz w życiu kogoś podałem na policję! No cóż, koleś myślał, że to jakoś będzie, przeliczył się sromotnie! Sprawę z ubezpieczeniem załątwiłem prawie od ręki, we czwartek ma się pojawić rzeczoznawca i będziemy załatwiać papierki dalej. Oczywiście formularza zajścia szkody dziś nie wydrukuję, bo jak zwykle bywa przy nagłych wypadkach zabraknie tuszu w drukarce, to jakaś czrna chmura zawisła nade mną, plaga Egipska mnie ogarnęła!?
To aż tyle dziś napisałem? Idę spać...tzn. raczej zapiszę tylko w blogu te wypociny.
No tak, gadu,gadu, a tu się odebrało prawo jazdy, hmmm...trza robic C+E, z kursem na przewóz rzeczy na razie się wstrzymam, do tego czasu powinno to stanieć. Idzie to jak krew z nosa, do tego czasu może jakąś pracę się znajdzie, tu jak na złość jak na lekarstwo, nie ma, stawki płacowe na granicy najniższej krajowej (na dzisiejszy dzień to ok1300zł) co to się dzieje w tym kraju? Hmmm...niby mi się nie śpieszy, ale dość mam siedzenia no i nie ukrywam, pieniążki by się przydały, komu by się nie przydały?
Na gadulcu jakaś cisza, ale za to mój Ojciec komputerem się obłożył, sieć internetu kazał sobie podłączyć i szaleje powoli, dziś lekko go uczyłem jak korzystać ze Skype-a, szybko się uczy jak na swój wiek (73 lata) pogadali My obaj patrząc sobie w oczy tzn. w kamerki, nawet Babcia(moja Mama) na krótko ze mną pogawędziła, pytając czy aby za takie połączenie się więcej nie płaci, ale jak ją znam to i tak pewnie nie uwierzyła. Technika idzie do przodu, nie do uwierzenia! No i co z tego jak pralka coś zaczyna nawalać, wczoraj zgrzytała (nie z zimna) protestując załamaniem się programu piorącego, nie wiem co zrobiłem, ale udało ją się namówić do współpracy! Czyżby ręce moje leczyły? Kaszpirowski cy cóś?
Ahhhh...bym zapomniał całkiem, gość swoim samochodem lekko mi porysował moją "Omesię" zdrzaźniłem się lekko bo gość nawet nie pokwapił się mnie o tym powiadomić, dogadać się...czekałem całe 3 dni aż się skontaktuje, nie wytrzymałem i poszedłem na Policję! Całe szczęście, że miałem świadka tej "kolizji" więc wyprzeć się nie mógł, sprawę załatwiliśmy w 30 min. i po krzyku! Pierwszy raz w życiu kogoś podałem na policję! No cóż, koleś myślał, że to jakoś będzie, przeliczył się sromotnie! Sprawę z ubezpieczeniem załątwiłem prawie od ręki, we czwartek ma się pojawić rzeczoznawca i będziemy załatwiać papierki dalej. Oczywiście formularza zajścia szkody dziś nie wydrukuję, bo jak zwykle bywa przy nagłych wypadkach zabraknie tuszu w drukarce, to jakaś czrna chmura zawisła nade mną, plaga Egipska mnie ogarnęła!?
To aż tyle dziś napisałem? Idę spać...tzn. raczej zapiszę tylko w blogu te wypociny.
czwartek, 14 stycznia 2010
Po Świętach i Nowym Roku!
Jak ten czas szybko zleciał, długo nie mogłem zebrać się do pisania na blogu. Egzamin na C za pierwszym razem nie zdałem, oblałem na "placyku" egzaminator (taki dziadek w okularach) stwierdził, że trzeba jeszcze raz próbować i złożył mi świąteczne życzenia i noworoczne! Wstyd na całej linii, moja osobista porażka, Ja który swego czasu w wojsku wychowałem sporo kierowców początkujących, kierowca-mechanik, wstyd, wstyd! Następny termin 7 stycznia tego roku i następne 160zł mniej. W wyżej wymienionym terminie oczywiście stawiłem się na egzamin bacznie obserwując czy "Dziadek Egzaminator" również w tym czasie będzie nas testował, ale ku mojej uciesze okazało się, że odszedł na zasłużoną emeryturę! Jak i też to, że w tym pierwszym podejściu na 11 zdających 3 tylko zdało. Innym egzaminatorem okazał się człowiek na moje oko w moim wieku, spokojny i bez zacięcia typu: "Ja Was dzisiaj udupię..." i na spokojnie zaliczyłem wszystkie zadania. Myślałem, że zawału dostanę, żeby w tym wieku się tak stresować. Taki miły prezencik sobie sprawiłem na zbliżające się moje urodziny! Wracałem z Olsztyna jak na skrzydłach, aż z tego podniecenia zapomniałem wpaść do jednej z olsztyńskich firm, ale tak to jest przy takich emocjach. A więc pozostało mi zrobić jeszcze C+E, ale nie to mnie martwi, a ten nieszczęsny kurs na przewóz rzeczy, który tyle kasy kosztuje i czasu! Nasz ustawodawca jednak nie zmienił warunków uzyskania tego drogiego "papieru" do tego szanownego zawodu! No cóż, trzeba poczekać, zanim zrobię te C+E to może stawki spadną znacznie, już widziałem ogłoszenia w cenie 4.5 tyś.zł to troszkę jednak i tak za drogo.
Córka Kasia już po Studniówce, dzieci mi rosną, Ja się powoli starzeję, co to będzie, jak to będzie?
Córka Kasia już po Studniówce, dzieci mi rosną, Ja się powoli starzeję, co to będzie, jak to będzie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

