czwartek, 26 lutego 2015

Nawet nie wiedziałem, że tyle czasu minęło, odkąd dokonałem ostatniego wpisu. A działo się w tym czasie, działo, zebrałem doświadczenia nie tylko zawodowego ale i życiowego w tych ostatnich 3 lat. Jak tylko uruchomię zepsuty zewn. dysk poprę swoje wpisy zdjęciami. będzie co opisywać, mnie dreszcze przechodzą na samą myśl, jak przekazać te wszystkie informacje tak aby to miało ręce i nogi i było w miarę wiarygodne i nie wystraszyło pozostałych potencjalnych przyszłych kierowców w naszym kochanym kraju!
         Niestety, rzucony w wir pracy jako kierowca, brak dostępu do netu jak i też czasu jak i chęci na robienie zdjęć, filmów spowodowane napięciem z w mojej byłej firmie, jak i też co się działo wcześniej ze mną, wstyd przyznania się do paru błędów, które popełniłem mimo swojego wieku które by wskazywało, że takich nie powinienem popełniać! Często też tak bywało, że jak już miałem net to wolałem poświęcić go na połączenie z rodziną, grę lub jak kto woli odpoczynek w swoim czasie, wiele tego nie było, dziś wszelkie sieci WI-FI są na zachodzie raczej zablokowane, rzadkością jest że trafi się nam sieć za free! Do tego dojdziemy za jakiś czas, w dalszych moich opisach, które namacalnie udowodnią, że internet za darmo prawie nie istnieje! Nic innego nie pozostaje jak czekać na dalsze wpisy...pozdrawiam!

środa, 28 grudnia 2011

Podsumowanie roku...

Ilość firm jakie zmieniłem to 3, nie liczę tych co do zatrudnienia nie doszło.
  Obecnie jeżdżę póki co w firmie ze swojej miejscowości,
Generalnie nigdzie nie wczasowałem z rodziną, wiadomo, brak czasu i oczywiście odpowiednich funduszy. Niemniej jednak mieliśmy parę weekendów z udziałem znajomych pod żaglami, przy wspólnym ognisku, grillu etc.
Omega się zepsuła tak skutecznie, że jest naprawiana przez mojego serdecznego kolegę w Olsztynie, który musi poprawiać partactwo lokalnych mechaników, którzy za swoje umiejętności wzięli poważne pieniążki. Do końca tego jeszcze roku ma wrócić w moje ręce.
Sylwestra spędzamy w domku letniskowym nad Narie wraz ze znajomymi, mam nadzieję, że pogoda nam dopisze i pozostanie taka jak do tej pory, czyli bez śniegu i mrozów.
Oby zbliżający się 2012 Nowy Rok był bardziej optymistyczny, spokojniejszy od poprzedniego.

środa, 21 grudnia 2011

Estonia.

Do Rygi dojeżdżałem, aa do Estonii to już tylko rzut beretem, jakoś tak się składało, że tego kraju nie miałem okazji "przejechać", a tu teraz w ciągu dwóch tygodni objechałem dwa razy. Cel główny to Tallin, ale byłem też w Tartu gdzie podejmowałem paskudny ładunek, lecz o tym troszkę później.
Kraje nadbałtyckie cechują się jednym mianownikiem: była zależność od rosji radzieckiej, brak wielkiego przemysłu, kraje te są w fazie "rozkręcania" się w dobie demokracji i wolnego rynku. Widać sporo pozostałości po radzieckiej gospodarce, czy to w architekturze budynków mieszkalnych czy też firm produkcyjnych. Szef wspominał, że tam po rosyjsku już się nie dogada, a tu zaskoczenie, bo gdzie nie pojechalem, to mowa rosyjska była w powszechnym użytku, jedynie w Tartu jakoś kiepsko się dogadywałem w tym języku. Samego Tallina wiele nie widziałem, strefa przemysłowa i nocna pora mi to nie umożliwiała, Tartu już mogłem zobaczyć w świetle dnia, ponury komunistyczny styl budownictwa był wszędobylski, może do tego często nawiązuję, ale od samego początku jakiego pamiętam, nigdy ona nie była miła, biedna, tanim kosztem i byle jak budowana, nie wspomnę o wyglądzie i funkcjonalności. Niemniej jednak widać oznaki ożywienia, korporacje, firmy z udziałem zachodu budują tam swoje szklane domy.
Do Tallina wiozłem ładunki łatwe nie wymagające wielkiego poświęcenia i uwagi, ale w Tartu trafiło mi się niezłe cacko, szef wspomniał, że to mój będzie taki swoisty chrzest, koledzy że to niewdzięczny ładunek, gdzie ilość pasów ściągających ma duży wpływ na dowiezienie ładunku do celu, czyli do Morąskiej firmy, dla mnie do domu. Nic tylko się cieszyć lecz moja radość była zmącona, kiedy na Litwie musiałem "wykręcić" pauzę, oczywiście w tym czasie obszedłem dla zasady cały zestaw gdy moim oczom ukazało się wybrzuszenie w tylnej części naczepy. Nic tylko ładunek się przesunął, co mogło skutkować różnymi konsekwencjami, od wypadku po suty mandat. Ciemności i silny wiatr skłonił mnie aby rano przyjrzeć się problemowi, co też i tak uczyniłem, po całodziennej jeździe i załadunku w deszczu ze śniegiem nic innego mi do glowy nie przychodziło. Naczepa typu firanka nie sprawiała mi tylu problemów co np. "szmata" ale jak zsunięty ładunek lekko wygiął naczepę na jedną stronę, przez to drzwi tylne nie chciały się domknąć dokładnie, ładunek mogłem jedynie dociągnąć pasami. Nie wiem co ta moja czynność sprawiła, spokój na jakiś czas, czy tylko próba oszukania samego siebie? W normalnych warunkach powinno sie ładunek poprawić i zabezpieczyć ponownie i pewnie, hmmm...jaka decyzja!? Jedziemy dalej, jak wybrzuszenie powiększy się to znak, że trzeba jednak wezwać posiłki, ale one nic za darmo nie zrobią i tą myślą gnałem w kierunku granicy polskiej. Do domu zajechałem wieczorem bez większych przygód, jedynie spoglądanie w prawe lusterko weszlo mi już prawie w nawyk. Najgorsze jest  to, że na polskich drogach można bylo się spodziewać najgorszego, strach miał wielkie oczy, a do domu dojechałem wolniej niż zwykle. Następnego ranka pojechałem do rodzimej firmy aby zdjąć ładunek, myślałem, że będą psioczyć po tym jak zobaczą w jakim stanie ładunek przyjechał, magazynier który przyjmował towar stwierdził: "Panie! To jest pikuś, przywozili towar rozwalony po całej naczepie lub naczepa była w mocnym przechyle!" Te słowa były dla mnie jak miód na moje serce. Został tylko niesmak, cóż Ja byłem winny, czego nie zrobiłem, czego nie wykonałem prawidlowo? Wiem jednak, że na następny podobny ładunek będę bardziej przygotowany i bardziej przezorny. Nowe doświadczenie za sobą.

piątek, 21 października 2011

Oczekiwanie dobre dla wytrwałych!

Sporo czasu minęło jak zwolniłem się z ostatniej firmy, nowy właściciel zapewniał mnie że zatrudni mnie, nawet pojechałem w kilka tras, pojeździłem wywrotką. Czas mija, mój kolega którego też miał przyjąć nie wytrzymał tego napięcia i zatrudnił się u swojego byłego pracodawcy, ale na innych zasadach, mam nadzieję że dla niego korzystnych. No cóż, Ja postanowiłem się uzbroić w cierpliwość i poczekać, do końca tego miesiąca sytuacja powinna się wykrystalizować i wóz, albo przewóz. Jak wiadomo moja sytuacja finansowa nie wygląda aż tak źle aby na gwałtu rety szukać byle jak i brać co popadnie. Firma znajdująca się w moim miejscu zamieszkania była by dla mnie korzystnym wyjściem, z domu wyjeżdżam i do domu wracam. Nic lepszego na dzień dzisiejszy nie wymyślę i niczego nie osiągnę. Najważniejsze jest dla mnie w tej chwili aby zacząć pracować jako kierowca w miarę ustabilizowanej firmie, którą mam pod nosem i zarabiać pieniądze, realizować się zawodowo, spełniać marzenia (pamiętacie motocykl, który sobie wymarzyłem?) ciągle one tkwią w mojej pamięci i nijak nie dadzą się zatrzeć.
            Dziś przyjeżdża Córka ze studiów w odwiedziny do rodzinnego domu, domek wysprzątany, obiadek czeka. Nie mając nic więcej do roboty wymieniłem w swoim iPhone-ie szybkę, po raz czwarty :D doszedłem do takiej wprawy, że mógłbym na tym zarabiać! Myślę o zmianie fona, bo niedługo kończy mi się umowa z Orange i myślę, że będzie to...iPhone 4 :-) nie widzę innego aparatu dla mnie, sporo kosztuje na dzień dzisiejszy, ale zanim dojdzie do wymiany to myślę, że ceny spadną i będzie dla mnie osiągalny.

poniedziałek, 26 września 2011

Co robię przed kompem?

Niby takie lakoniczne pytanie, na które zarazem jest ciężko jednoznacznie odpowiedzieć. Odkąd pamiętam kiedy net zadomowił się w moim domostwie, a to już ponad 10 lat temu, zacząłem od gier. Może to zabrzmi śmiesznie, ale tak na prawdę od jednej gry Sudden Strike, miałem z nią sporo problemów, bo trzeba było otwierać dla niej jakieś porty, które dodatkowo musiały być mapowane, trudna sprawa, bo na tym kompletnie się nie znam, wezwałem posiłki w postaciach moich serdecznych kumpli Siwego i Majoneza, którzy byli specami od komputerów. Ich dyskusje na temat jak ten problem rozwiązać, skłonił mnie do milczenia i zatopienia swoich ust w piwie co by czegoś głupiego nie powiedzieć. Chłopaki uwinęli się, z czasem postawili mi serwer, gdzie bez problemu mogłem grać. Sama gra mnie zauroczyła klimatem II W.Ś. oraz grafiką (2D) oraz zasadami. Nie będę tej gry tu opisywał, bo na ten temat można do tej pory w sieci znaleźć, ale ta właśnie gra zagościła na spore lata, która pozwoliła mi na poznanie wspaniałych ludzi, którzy tak samo jak Ja bawić się tą grą. W późniejszym czasie postanowiliśmy się spotkać na żywo i tak się stało u Dziula na jego włościach na Mazurach. Spotkań było więcej i co by było śmieszne na tych spotkaniach nie graliśmy. Po tych spotkaniach została czapeczka i koszulka z logiem tej gry. Później net był dla mnie skarbnicą wiedzy i informacji gdy prędkość sieci w Polsce zaczynała być na poziomie dobrym ukazywała mi inne możliwości, poznałem(odświeżyłem znajomości) dzięki NK (naszej klasy), Facebook, odkryłem inne swoje pasje, które są na etapie sfer marzeń, ale są, końcowym etapem chyba jest blog ten na który zdecydowałem się mimo tego, że broniłem się jakiś czas.Nie przeczę, że teraz gdzie net gości prawie w każdym domu, mogę rozmawiać, kontaktować się z każdym moim znajomym w ramach abonamentu internetu, czysta oszczędność. W swoich podróżach ciężarówką również sieć netu będzie mi towarzyszyć, już odpowiednie przygotowanie dokonałem, oczywiście od zakupu laptopa, antenę zewnętrzną WI-FI mam, pozostaje jedynie mi zakupić kartę i moduł GPS. Nakład finansowy nie wielki, ale jaką frajdę daje jak masz możliwość kontaktowania się z rodziną gdzieś tam w Europie, czy nawet zabić nudę.

wtorek, 20 września 2011

Weekend, cóż to jest?

No właśnie! Dla jednych jest to okazja do róznego wypoczynku, to w ogrodach , działkach, plażach, wodach, morzach górach etc. Dla mnie jest to możliwość spędzenia nad wodą pod żaglami, później po zejściu na ląd jakiś grill lub pieczonka najlepiej. Gdybym miał jakiś jachcik z kabiną pewnie bym na cały weekend zaszył się gdzieś na jakieś wyspie i tam na ten czas zapomniał o cywilizacji. Mógłbym rozpisywać się na ten temat długo i namiętnie, Ci z Was którzy mieli z żaglami do czynienia wiedzą co mam na myśli. Tak więc ukrucę swoje rozpisywanie się w tym temacie i podeślę parę fotek dla podrażnienia podniebienia.
Jest przystań i jest gdzie ognisko rozpalić

...się pływa...

Czyż nie jest pięknie?

Kiedyś to nawet próbowałem wędkować, ale ryby odmówiły współpracy.

Omega, zacna żaglówka, niestety sprzedałem ją z czasem... :-(

Wspomniana pieczonka z przepisu śląskiego.

Połów dorszy, one nie odmawiały współpracy, od samego mojego początku.
   Może kiedyś spełnię swoje marzenia i podobnie będę spędzał weekendy na motocyklu o którym wciąż nie zapominam. Niedawno kolega "Dziul' podesłał mi fotki z podróży rowerem ze Stolicy do swoich włości na Mazurach. Przejechał ponad 300km robiąc zdjęcia przy okazji, jego pomysłowość na zabezpieczenie logistyczne tej wyprawy oraz pomysł obrania trasy wprawił mnie w zachwyt, ale Ja zrobię to na motocyklu. Raczej należę do tych co wolą wydać niż się zmęczyć, dlatego też nie jestem wioślarzem, kajakarzem, wysiłek fizyczny pozostawiam ambitnym, wysportowanym, Ja cenię sobie w tym wieku raczej łatwość w pokonywaniu różnorakich dystansów.
    Tak z ciekawości podam tekst który zauważyłem w ofertach pracy jakie do tej pory otrzymuję z portali, które procederem się zajmują: "Firma gwarantuje jazdę po zachodnich drogach" lub "zakwaterowanie-tak , w kabinie samochodowej" czyż nie urocze?

wtorek, 13 września 2011

Podsumowanie?

I dzika można było spotkać, wprawdzie oswojony, ale dzik!

Miałem okazję i takim autem jeździć...

Czasem i było różnie aby podjechać spokojnie do pompy, gdzie stała gdzieś tam w polu.

Tak "karmiłem" pompę wiertnicy...

Warunki dojazdu były różne...


Wiertnica wykonywał otwory na głębokość przeważnie 10-12m które zalewało się betonem.

I o to sama ona...
Rzadkie zdjęcie kierowcy tj. autora tego bloga

Załadunek świnek
Zamek w Słowacji, jeden z wielu jakie można spotkać podczas podróży przez Słowację!


Marsylia, port jachtowy, wjechaliśmy nocą, zresztą prowadziłem auto więc i odbiło się na jakości zdjęć.


Niemcy. Wiele jest takich wiaduktów, tuneli przy czym widoki są wspaniałe.

Francja m.Comes tu mieliśmy ucztę, bo miasteczko okazało się niezwykle urokliwe, czystę, etc.

A tak odpoczywają Niemieccy emeryci...

I jeszcze raz Marsylia i port jachtowy

Belgia, najpiękniejsze skrzyżowanie dróg jakie do tej pory widzialem.

Granica Szwajcarsko-Niemiecka m. Tangen i tu mogłem przez weekend podziwiać góry, które były w zasięgu ręki.

W tym momencie krótka podróż promem po świnki Duńskie.
Może coś od samego początku mojej „kariery” jako kierowca zawodowy.
                  Rozpocząłem ją dwa lata temu, najpierw w firmie pod Morągiem, krótko to trwało bo przeszedłem do innej większej w Olsztynie, wkrótce miałem tego pożałować, ale cóż nic mnie nie goniło. Po miesiącu ganiania z „gruszką” po polach z takich czy innych powodów miałem się pożegnać i tym razem nadszedł czas zmiany firmy. Praktycznie od zaraz trafiłem na firmę z Elbląga, która zapewniła mi jakiś start w tym zawodzie, niestety atmosfera jaką kreował mi szef nie pozwoliła mi dłużej jak cztery miesiące popracować w sumie i tak długo wytrzymałem, chciałem dłużej, ale nie mogłem, nie chciałem. Może tą firmę (raczej jej właściciela) kiedyś opiszę bo warto przybliżyć ową osobę ku przestrodze aby inni kierowcy tam czasem nie próbowali swych sił. Po rozstaniu się miałem okazję zatrudnić się w Belgii, ale tam nic z tego nie wyszło, oczekiwaliśmy na pracę ponad 2 m-ce, nawet były umowy podpisane! Nic z tego nie wyszło, hmmm… to nie znaczy, że to koniec, rozpocząłem poszukiwania w kraju, net daje mi wielkie możliwości, zarówno poszukiwaniu firm, jak i opinii na ich temat. Znalazłem tu u siebie na miejscu tzn. firma z Olsztyna, ale sprzęt miał swoją bazę w Morągu, niestety i w tej firmie nie dało się normalnie popracować, jak i zarobić, co innego się obiecywało, a co innego wychodzilo w praktyce. Praca przy żywym inwentarzu miała być dla  mnie pracą dorywczą, ale jak się okazało miało być później pracą docelową, co już mi się nie podobało, tymbardziej że mi taka praca nie odpowiadała, nie czułem się dobrze w niej i na podstawie tego również rozstałem się z ową firmą.
Już od jakiegoś czasu starałem się do firmy również w Morągu, ale tam właściciel raczej nie potrzebowal kierowców, nie zaszkodzilo się zapytać ponownie i ku mojemu zaskoczeniu umówiłem się na rozmowę po której zostałem zatrudniony niby na „międzynarodówkę” ale za jakiś czas, bo mają przyjść samochody później. Za jakiś czas telefon od „szefa” i jadę z kimś na Francję w podwójnej obsadzie, kurs był szybki ale za to nówką Volvo FH co dało mi wielką frajdę z samej jazdy. Po powrocie, kilka dni czekania i ponownie telefon szefa mnie uświadczą, że coś się dzieje, proponuje mi jazdę wywrotką przy budowie nowej „siódemki” bo jakiś jego stały kierowca pojechał na wycieczkę do Egiptu, zgodziłem się, bo siedzenie w domu nie uśmiechało się mi nie wiadomo do jakiego czasu. Nowe doświadczenie, nowe wrażenia, nowe doznania. Kiedyś przecież jeździłem „łódką”a to przecież to samo co wywrotka. W pierwszym dniu okazało się że to nie jest takie wcale łatwe jakby wyglądało na pierwszy rzut oka. Auto dostałem już mocno po swoich latach świetności, skrzynia rozdygotana że trudno się doszukać niektórych biegów. Jako tako naczepa jedynie nie sprawiała kłopotów. Miałem jeździć tydzień w zastępstwie, ale pojeździłem dłużej, do tego czasu nawet polubiłem tego Volvo FH12 z roku 1998, potrafił popędzić z ładunkiem często przekraczającym 30ton prawie 100km/h . Niestety, prawowity właściciel wrócił i musiałem się pożegnać z tym autem. Praca na wywrotce wielu wrażeń mi nie dała, nudna i bezduszna, zależna od kapryśnej pogody. Dawała jednak poczucie czegoś co mało kto później dostrzega, że ktoś te nasypy stworzył itd. Często bywało tak, że było się wyciąganym z miejsca wysypu, w żwirowni. Z czasem, każdym dniem jazdy na tej wywrotce zauważałem miejsca gołym okiem gdzie można było wjechać,  a gdzie nie. Każdy dzień dawał mi jakieś nowe doświadczenie. Czasem była jazda bez trzymanki. Do domu wracałem skonany jak koń po westernie, zasypiałem jak dziecko.
Do tej pory zmieniłem pięć firm w ciągu jednego roku kalendarzowego z powodu najczęstrzego:  nieznane formy wypłacanych należnych płatności i nie przestrzeganie norm czasowych jakie obowiązują kierowców, zarobki nieadekwatne do wykonywanej pracy.
P.S. Wiele zdjęć straciłem jak mi się aparat zawiesił i przestał działać, tam miałem lwią część kolekcji zdjęć które tu chciałem opublikować, a z lenistwa tego nie zrobiłem, pluję sobie teraz w brodę bo ich nigdy nie odzyskam. Tak więc mamy okrojoną wersję fotograficzną.