Rzucono mnie na głęboką wodę, dostałem samochód i w drogę, wyjazd do Gdyni do portu po ładunek i na Słowację. wszystko szło prawie dobrze, prawie do czasu gdy za Łodzią rozerwała się opona naczepie, no cóż zdarzają się takie przypadki, wyciągam podnośnik, klucz do kół, wystawiłem trójkąt ostrzegawczy i do roboty. Pierwsze trzy śruby poszły dość łatwo, nawet się zdziwiłem, niestety przy czwartej śrubie pękł klucz...hmmm...rozglądam się po okolicy widzę że stoję na końcu wioski, podchodzę do najbliższego domostwa, pytam gospodynię o ewentualną pomoc, ona jej mi nie udzieli, ale mąż i owszem bo to były 'tirowiec' tylko nie ma go w domu, ale zadzwoni po niego i on coś na pewno poradzi. po kilku nie udanych próbach w końcu udało się nawiązać z nim kontakt, po paru minutach nadchodzi mój przyszły ewentualny wybawca, który okazał się niezwykle pomocny i usłużny. nieco woniło ledwo spożytym piwkiem, ale co tam1 klucza wprawdzie takowego nie miał, ale sąsiad tak, pojechaliśmy tam. sąsiad rozumiejąc mój problem bez pardonu pożyczył potrzebny klucz, uradowany wróciliśmy do mojej wymiany koła, mój pomocnik postanowił pomóc mi, bo kierowca kierowcy pomagać musi. Po paru odkręconych śrubach i ten klucz nie wytrzymał, w tym momencie i Ja nie wytrzymałem, lecz stoicki spokój mojego wybawiciela lekko mnie zdziwił. Wsiedliśmy w jego samochód i pojechaliśmy do innego sąsiada co ma odpowiedni warsztat i to on na pewno ma odpowiedni klucz co to wszystko wytrzyma, po przejechaniu paru km byliśmy zaopatrzeni w dwa klucze, młot i spokojniejsi, że w końcu uda nam się to cholerne koło odkręcić. Po paru minutach koło zostało odkręcone, teraz trzeba podnieść oś aby można było zdjąć koło, do tej roli jest przeznaczony podnośnik...hmmmm...na naczepie znajdował się ładunek 25 ton, da radę? Po paru chwilach wyszło, że podnośnik podnosi ledwo, ledwo na tyle aby kapcia dało się zdjąć, ale czy napompowane koło wejdzie? Weszło, ale podnośnik zaczął puszczać swoje soki i powiedział, że to jego ostatnie tchnienia i żebym się pośpieszył. Dokręciliśmy koło na tyle żeby odpuścić podnośnik, bo kałuża płynu hydraulicznego wskazywała, że długo nie potrzyma osi naczepy w górze. Dokręcamy ostatnią śrubę, przedłużka się przydała i następny pech...przy dokręcaniu pękło pokrętło klucza, myślałem, że limit pecha w tym dniu wyczerpałem, jak się okazało nie do końca. Po wypitej kawie i krótkiej aczkolwiek treściwej rozmowie ruszyłem w dalszą drogę, wiele nie ujechałem, bo czas jazdy jak i też pracy mi się kończył, pauzę weekendową odbywałem w Częstochowie na parkingu. Z wrażenia prawie nic nie jadłem, wieczorem zmusiłem się do zjedzenia czegokolwiek. Przy okazji tej pauzy poznałem miłego kierowcę komunikacji miejskiej tego miasta, który nawet zaproponował mi przejazd do miasta celem zwiedzenia, lecz mój stan ducha, myśli o tym że jestem brudny i ledwo co przyjechałem, grzecznie odmówiłem, ale miła to była propozycja, w innej sytuacji bym nie odmówił, bo pogoda była wyśmienita. Na drugi dzień obudziłem się dość późno, bo ok. 12.00, potrzeby fizjologiczne dały znać jednak o sobie, zwłaszcza te grubsze. Rozglądam się po okolicy, nic nie widzę ciekawego, na "narciarza" nie uśmiecha mi się załatwiać tak poważnej sprawy. I o to cud, obok był salon samochodowy, okazały a w nim kręcący się ochroniarz, który jak mnie zobaczył to serdecznie mnie pozdrowił zapraszając jakby do rozmowy. To on właśnie mnie wybawił z tej kłopotliwej sytuacji zapraszając na teren salon, jedynie ostrzegając, żebym nie zbaczał z wyznaczonej drogi do łazienki, bo czujki ściągną rzesze uzbrojonych innych ochroniarzy wezwanych przez naruszoną strefę. O jakże byłem uradowany gdy miałem również możliwość skorzystania z prysznica. W ten sposób mogłem rozpocząć jazdę dalej do Tychów gdzie miałęm tankować przed wjazdem na Słowację, po tankowaniu włosy mi się zjeżyły gdy obliczyłem średnie spalanie po pierwszej jeździe tym samochodem:41,5l/100km, no to tylko czekać na telefon od szefa mi pozostaje. Słowację zaliczyłem bez większego problemu, całość trasy przejechałem prawie autostradą co też odbiło się na spalaniu auta, zaraz po przekroczeniu granicy w Tychach z drżącym sercem tankuję ponownie, zliczam i...wyszło 32,5l/100km mój uśmiech kończył się na uszach. No ale cóż jedziemy dalej. Zaliczyłem pare punktów w Polsce, paliwo się kończyło jak i dni tygodnia, tankowanie i powrót do bazy, zliczyłem spalanie, wyszło jednak 36l/100km, szef przez telefon prawie mnie ściskał jak się o tym dowiedział, dał pare podpowiedzi i jego maksymą zakończył naszą rozmowę: "Człowiek urodził się po to by zdechnąć" odpowiedziałem mu pytaniem: "Tylko dlaczego w czasie pracy?"
Ten tydzień był dla mnie niezbyt pomyślny, podczas załadunku zarysowałem lekko wlot powietrza, przy okazji tłukąć klosz kierunkowskazu, w Toruniu w czasie parkowania przygiąłem tylną belkę naczepy, totalna porażka, nie wiem jak mój szef na to zareaguje, ale domyślam się , że nie będzie zachwycony.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz