środa, 29 września 2010

No to jazda w drogę!

Pierwsze koty za płoty, trasa na Słowacje ze zbożem (25t) była dość pouczająca, intrygująca w podwójnej obsadzie. Podróż męcząca, 18 godzin jazdy na przemian i poradnia, a raczej nocy mocno Nas wymęczyła, w Słowacji byliśmy następnego dnia nad ranem w firmie do której wieźliśmy ładunek. Po koniecznej pauzie w czasie której wykąpałem się i ogoliłem dostaliśmy dyspozycję na podjęcie ładunku powrotnego do Polski. Jazda ok.150km dalej na południe tego pięknego kraju tuż przy granicy z Węgrami. O godz.17.00 byliśmy na miejscu, załadunek i w drogę powrotną. Mnie przypadło przekraczanie granicy w Hyżnym, ale zanim to nastąpiło miałem przed sobą pokonanie dwóch stromych podjazdów, na pierwszym dwa razy stanąłem, hehe...380KM naszej Scanii raczej nie wystarczało jak i moich jeszcze umiejętności, drugi podjazd zdecydowanie lepiej pokonałem może dlatego też, że ruch był bardziej płynny na drodze więc mogłem konia trzymać odpowiednio na obrotach. Nie powiem, lekko się spociłem, lecz już teraz wiem jakie błędy popełniłem i czego unikać. W Polsce zdaliśmy ładunek, podjęliśmy inny w kierunku Gdańska czyli jak dla Nas do domu! W niedzielę nad ranem byliśmy w Elblągu, kolega musiał zaliczyć pauzę 45h więc samochód został w bazie firmy, a Ja pojechałem do Gdańska, bo tam znajdowali się moi domownicy którzy odświeżali wynajętą stancję dla Kasi, trafiłem akurat praktycznie na obiad i zakończenie prac. Zjadłem posiłek, mój krzyż który mi doskwierał przez ostatnie dni zmusił mnie do ułożenia się w poziomie, chwilę potem spałem jak niemowlę.
       W poniedziałek wsiadam do innego kierowcy, który też ma kurs na Słowację, ale najpierw ładunek do Wejherowa dopiero później jedziemy z innym ładunkiem do Malborka i wracamy na pusto do portu w Gdyni, niestety zbyt późna pora nie pozwoliła Nam podjąć ładunku na Słowację. Nocleg w porcie gdyńskim był spokojnym wydarzeniem, tylko poranek zbyt wczesny, mój zmiennik zerwał się już o 5.00 w biurze przyjęcia były dopiero o 7.00 jak się później okazało spedytor pomylił nr. rejestracyjne i zlecenie trzeba było od nowa pisać, a kolejka nam przemknęła (a byliśmy pierwsi) poprawka trwała ok 2h więc mieliśmy małe spóźnienie plus kolejka w załadunku. Z Gdyni wyjechaliśmy ok. południa, zbyt późno jak na jazdę w podwójne obsadzie, później stratę czasu powiększył korek w Łodzi, do celu dotarliśmy następnego dnia nad ranem. To była dla mnie kolejna noc jazdy, odpoczynek w dzień. Po zdaniu ładunku czekamy na dyspozycje i jak zwykle trafił nam się ładunek oddalony tym razem o ponad 180km i jak poprzednim razem po ładunek zajechaliśmy ok.17.00 w godzinę później byliśmy gotowi do powrotu. Jazda znów wyszła nam nocą, brrrr...w Katowicach na zwężkach i zmianie organizacji dróg pomyliłem zjazd w dobrym kierunku, kosztowało nas to pare km kręcenia się po okolicy, koledzy kierowcy z CB-radia byli nam bardzo pomocni dzięki którym z powrotem mogliśmy powrócić na właściwe tory. Niestety pomyłkę drogową zaliczyłem po raz drugi, ale wynikała to z nieporozumienia między nami kierowcami i znów trzeba było nawracać, mój zmiennik nie był tym faktem zbytnio zadowolony co okazywał nerwową gestykulacją i niewybrednym słownictwem. Takie zachowanie mojego zmiennika mi raczej nie pomagało, no ale cóż, jakoś trzeba to przeżyć do końca naszej podróży. Do Kielc zajechaliśmy o 4.00 i po zdaniu ładunku i wykręceniu pauzy pojechaliśmy po następny. Pod Białymstokiem byliśmy tym razem troszkę wcześniej bo ok 24.00 co pozwoliło Nam się wyspać o w miarę przyzwoitej porze. Ładunek udało nam się zdać szybko i sprawnie w Grajewie mamy podjąć następny więc mamy dość blisko, tą jazdę już wiedziałem, że zaliczymy za dnia. W Grajewie czekamy na załadunek troszkę czasu tam straciliśmy, ale udało nam się załadować i ruszyć w drogę. Mój zmiennik pozostał w bocznym fotelu i ustalał trasę powrotu, co chwilę zmieniał decyzję, nie powiem lekko namieszał i tym samym zaliczyłem wpadkę w postaci nie zjechania na Pisz i znów nadkładaliśmy lekko drogę, a w międzyczasie zmieniła się decyzja dostarczenia ładunku do Człuchowa czyli nie mieliśmy tam jechać, a wracać na bazę do Elbląga, mój zmiennik już toczył pianę. Dotarliśmy do bazy ok godz 18.00, żona po mnie przyjechała i wkrótce mogłem się cieszyć domowymi pieleszami. Za kilka dni padnie decyzja na jaki ciągnik mam zasiąść i od następnego poniedziałku mam zacząć samodzielnie jazdy. Do tego czasu pozałatwiam swoje sprawy, odpowiednio się przygotuję logistycznie do dłuższych wyjazdów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz