środa, 28 grudnia 2011

Podsumowanie roku...

Ilość firm jakie zmieniłem to 3, nie liczę tych co do zatrudnienia nie doszło.
  Obecnie jeżdżę póki co w firmie ze swojej miejscowości,
Generalnie nigdzie nie wczasowałem z rodziną, wiadomo, brak czasu i oczywiście odpowiednich funduszy. Niemniej jednak mieliśmy parę weekendów z udziałem znajomych pod żaglami, przy wspólnym ognisku, grillu etc.
Omega się zepsuła tak skutecznie, że jest naprawiana przez mojego serdecznego kolegę w Olsztynie, który musi poprawiać partactwo lokalnych mechaników, którzy za swoje umiejętności wzięli poważne pieniążki. Do końca tego jeszcze roku ma wrócić w moje ręce.
Sylwestra spędzamy w domku letniskowym nad Narie wraz ze znajomymi, mam nadzieję, że pogoda nam dopisze i pozostanie taka jak do tej pory, czyli bez śniegu i mrozów.
Oby zbliżający się 2012 Nowy Rok był bardziej optymistyczny, spokojniejszy od poprzedniego.

środa, 21 grudnia 2011

Estonia.

Do Rygi dojeżdżałem, aa do Estonii to już tylko rzut beretem, jakoś tak się składało, że tego kraju nie miałem okazji "przejechać", a tu teraz w ciągu dwóch tygodni objechałem dwa razy. Cel główny to Tallin, ale byłem też w Tartu gdzie podejmowałem paskudny ładunek, lecz o tym troszkę później.
Kraje nadbałtyckie cechują się jednym mianownikiem: była zależność od rosji radzieckiej, brak wielkiego przemysłu, kraje te są w fazie "rozkręcania" się w dobie demokracji i wolnego rynku. Widać sporo pozostałości po radzieckiej gospodarce, czy to w architekturze budynków mieszkalnych czy też firm produkcyjnych. Szef wspominał, że tam po rosyjsku już się nie dogada, a tu zaskoczenie, bo gdzie nie pojechalem, to mowa rosyjska była w powszechnym użytku, jedynie w Tartu jakoś kiepsko się dogadywałem w tym języku. Samego Tallina wiele nie widziałem, strefa przemysłowa i nocna pora mi to nie umożliwiała, Tartu już mogłem zobaczyć w świetle dnia, ponury komunistyczny styl budownictwa był wszędobylski, może do tego często nawiązuję, ale od samego początku jakiego pamiętam, nigdy ona nie była miła, biedna, tanim kosztem i byle jak budowana, nie wspomnę o wyglądzie i funkcjonalności. Niemniej jednak widać oznaki ożywienia, korporacje, firmy z udziałem zachodu budują tam swoje szklane domy.
Do Tallina wiozłem ładunki łatwe nie wymagające wielkiego poświęcenia i uwagi, ale w Tartu trafiło mi się niezłe cacko, szef wspomniał, że to mój będzie taki swoisty chrzest, koledzy że to niewdzięczny ładunek, gdzie ilość pasów ściągających ma duży wpływ na dowiezienie ładunku do celu, czyli do Morąskiej firmy, dla mnie do domu. Nic tylko się cieszyć lecz moja radość była zmącona, kiedy na Litwie musiałem "wykręcić" pauzę, oczywiście w tym czasie obszedłem dla zasady cały zestaw gdy moim oczom ukazało się wybrzuszenie w tylnej części naczepy. Nic tylko ładunek się przesunął, co mogło skutkować różnymi konsekwencjami, od wypadku po suty mandat. Ciemności i silny wiatr skłonił mnie aby rano przyjrzeć się problemowi, co też i tak uczyniłem, po całodziennej jeździe i załadunku w deszczu ze śniegiem nic innego mi do glowy nie przychodziło. Naczepa typu firanka nie sprawiała mi tylu problemów co np. "szmata" ale jak zsunięty ładunek lekko wygiął naczepę na jedną stronę, przez to drzwi tylne nie chciały się domknąć dokładnie, ładunek mogłem jedynie dociągnąć pasami. Nie wiem co ta moja czynność sprawiła, spokój na jakiś czas, czy tylko próba oszukania samego siebie? W normalnych warunkach powinno sie ładunek poprawić i zabezpieczyć ponownie i pewnie, hmmm...jaka decyzja!? Jedziemy dalej, jak wybrzuszenie powiększy się to znak, że trzeba jednak wezwać posiłki, ale one nic za darmo nie zrobią i tą myślą gnałem w kierunku granicy polskiej. Do domu zajechałem wieczorem bez większych przygód, jedynie spoglądanie w prawe lusterko weszlo mi już prawie w nawyk. Najgorsze jest  to, że na polskich drogach można bylo się spodziewać najgorszego, strach miał wielkie oczy, a do domu dojechałem wolniej niż zwykle. Następnego ranka pojechałem do rodzimej firmy aby zdjąć ładunek, myślałem, że będą psioczyć po tym jak zobaczą w jakim stanie ładunek przyjechał, magazynier który przyjmował towar stwierdził: "Panie! To jest pikuś, przywozili towar rozwalony po całej naczepie lub naczepa była w mocnym przechyle!" Te słowa były dla mnie jak miód na moje serce. Został tylko niesmak, cóż Ja byłem winny, czego nie zrobiłem, czego nie wykonałem prawidlowo? Wiem jednak, że na następny podobny ładunek będę bardziej przygotowany i bardziej przezorny. Nowe doświadczenie za sobą.